Elżbieta której nie było, cholera i wszystkie żony Walentego

O rodzinie Wesserling można poczytać zarówno w książce „Kaszubi gdyńscy”, gdzie materiału do rozdziału: Wesserlingowie – rybacy rodem z Oksywskich Piasków, dostarczyła pani Jadwiga Kaczor, a także w jednym z moich wcześniejszych opowiadań (tutaj).

Z panią Jadwigą spotkałem się kilkukrotnie, dowiedziałem się od niej bardzo interesujących rzeczy na temat mojej rodziny, rychło też okazało się, że mamy wspólnych przodków. Jej dziadek Antoni był bratem mojej praprababki Rozalii. Odtąd wstecz, nasza historia ciągnie się już jednym torem.

We wspomnianym wyżej artykule, pani Jadwiga zakończyła swą opowieść na jej prapradziadku, a moim 4xpradziadku Walentym Wesserlingu. Ja chciałbym dziś podjąć opowieść w tym miejscu i przybliżyć Wam trochę, zarówno jego, jak i jego najbliższą rodzinę.

Walentyn rodzi się 14.02.1820 w miejscowości Hoch Quarzau (obecnie okolice Chwarzna, dzielnicy Gdyni) jako drugie dziecko Jana (z zawodu rybaka) i Heleny z domu Kass. Drugie jedynie z kolejności, bo jak na razie, jest jedynym żyjącym. Jego starszy brat Jakub zmarł w kwietniu 1819 w wieku 9  miesięcy.

Na rodzeństwo czeka 5 długich lat, kiedy to na świecie pojawia się Johann i kolejne 4 by powitać swoją młodszą siostrę Helenę.

1. Akt zgonu Heleny Wesserling 31.03.1832 Quarzau

Sytuacja do roku 1832 wydaje się być w miarę stabilna, wtedy to 31 marca umiera matka Walentego. Ojciec zaś, nie zamierzając zbyt długo rozpaczać, już w lipcu tego samego roku bierze ślub z Ewą Potrykus, w kwietniu zaś roku następnego, na świat przychodzi przyrodnia siostra Walentego Elżbieta, w listopadzie zaś umiera ojciec.

2. Akt zgonu Jana Wesserling 01.11.1833 Quarzau

Tak w przeciągu 1,5 roku Walentyn pozbawiony zostaje obojga biologicznych rodziców, a opiekę nad nim i rodzeństwem sprawuje macocha, która w listopadzie 1834 wychodzi ponownie za mąż. Umiera natomiast 5 maja 1846. Do tego czasu Walentyn zdążył już jednak dorosnąć i samemu wziąć ślub w lutym tegoż roku.

3. Akt małżeństwa Walentego Wesserling i Anny Herber 01.02.1846 Gdingen

Wybranką jego serca zostaje 5 lat młodsza, urodzona w Gdyni – Anna Herber, córka Franciszka i Ewy z domu Preiss. Ceremonia zaślubin odbywa się w parafii św. Michała Archanioła na Oksywiu, a młodzi od tego czasu będą mieszkać w Gdyni. Nie trwa to jednak długo, gdyż (zapewne w związku ze swoim zawodem) Walentyn, wraz z całą rodziną, dość często zmienia miejsce zamieszkania.

W kwietniu 1847 rodzi się ich pierwszy syn, a zarazem mój 3xpradziadek, Józef. W Gdyni mieszkają do początku lat pięćdziesiątych i podczas tego okresu na świat przychodzi jeszcze Marianna (1850).

4. Akt urodzenia Joseph Wesserling 19.04.1847 Gdingen

Przynajmniej od września 1853 znajdują się już jednak na terenie posiadłości Steinberg(Kamienna Góra), gdzie Walenty pracuje jako robotnik, w tamtejszym folwarku. Podczas tego okresu rodzina powiększa się o Franciszkę(1853) i Michała(1856).

5. Akt urodzenia Michael Wesserling 28.09.1856 Steinberg

Rok 1859 zastaje ich ponownie w Gdyni, gdzie 16 października, rodzi się Elżbieta, właśnie – Elżbieta, czyli jedna z tytułowych bohaterek dzisiejszej opowieści. Pozwolę sobie zatem powrócić do niej za jakiś czas.

W Gdyni znów nie zamieszkują zbyt długo, w 1862 odnajdujemy ich w folwarku Neu Oblusch. W tym roku należał on już do Teodora Thymian’a, a jeszcze rok wcześniej zarządzał nim zmarły obecnie B. Thymian – jego ojciec.

W skład folwarku wchodził pałac (przebudowany w 1883), który możemy oglądać i dziś, czworaki, dom zarządcy, stajnia, park oraz przyległe ziemie. O obecności parku świadczą dziś posadzone w regularnych odstępach lipy.

6. Obecny wygląd zabudowań folwarku Neu Oblusch

29 września tegoż roku na świat przychodzi kolejne dziecko Anny i Walentyna – Rozalia.

7. Akt urodzenia Rosalia Wesserling 29.09.1862 Neu Oblusch

Kolejnym momentem, w którym mamy okazję przyjrzeć się Wesserlingom jest rok 1867. Znów spotykamy ich w Gdyni, a rok zaczyna się całkiem niewinnie i radośnie, gdy to 15 marca rodzi się ich siódme dziecko – Jan.

8. Akt urodzenia Johann Wesserling 15.03.1867 Gdingen

Radość jednakże nie trwa zbyt długo, a my mamy okazję przyjrzeć się większości bohaterów zawartych w tytule tego opowiadania. Nadchodzi jesień, a wraz z nią epidemia cholery, która także i w rodzinie Wesserlingów miała zebrać krwawe żniwo. 4 września umiera 17-letnia Marianna, 5 września 8-letnia Elżbieta, a 7 września ich matka Anna. Pogrzeb wszystkich trzech, wraz z wieloma innymi osobami, nastąpił 7 września.

9. Akt zgonu Anna Wesserling 07.09.1867 Gdingen

Gdzie pochowano ciała? Nie mam pojęcia, możliwości były przynajmniej dwie. Część osób chowano zwyczajnie, na przykościelnym oksywskim cmentarzu, część zaś, na specjalnym cmentarzu cholerycznym, który mieścił się przy obecnej ulicy płk. Dąbka.

10. Lokalizacja dawnego cmentarza cholerycznego, obecnie ogródki działkowe

Cholera z racji swej natury ma przebieg epidemiczny, a przenoszona jest najczęściej doustnie poprzez wodę i żywność. Typowymi objawami choroby są: niska ciepłota ciała, wymioty, biegunka. W czasach, o których rozmawiamy jej skuteczność w zabijaniu była porażająca, a wszystko zmienić się miało dopiero w roku 1883, gdy Robert Koch odkrywa przecinkowce cholery (Vibrio cholerae) odpowiedzialne za rozwój choroby.

11. Robert Koch - odkrywca Vibrio cholerae

Kolebką tej groźnej choroby są Indie, w których epidemia wybuchła w 1817 roku. Stamtąd kupcy i żeglarze rozprzestrzenili ją do niemal każdego zakątka na ziemi. Do Rosji dociera w 1830, a rok później wraz w wpłynięciem rosyjskiego statku do portu w Gdańsku, obecna jest na Pomorzu. Od tego czasu choroba pojawiała się w północnej Polsce jeszcze wiele razy: w latach 1837, 1848/9, 1852, 1856, 1859 i 1866/67 właśnie, a po raz ostatni, jako o epidemii, możemy mówić o latach 1892–1894.

Do tego by dociec, co tak naprawdę zdarzyło się na terenie parafii św. Michała Archanioła na Oksywiu w roku 1867, skłoniły mnie te trzy zagadkowe zgony, odległe od siebie o parę dni. Do dyspozycji miałem akty zgonu nr 94, 95 (dotyczące Marianny i Elżbiety) oraz 99 (Anna) z 1867 roku z parafii Oksywie. Dwa pierwsze były połączone klamrą i podani byli wspólni rodzice, Walenty i Anna Wesserling. Przy duplikatach, którymi dysponowałem, nie była podana przyczyna zgonu, lecz udało mi się dotrzeć do informacji, że to właśnie cholera była sprawczynią tej tragedii.

12. Akty zgonu Marianny i Elżbiety Wesserling

Wydaje się jednak, że epidemia, przynajmniej na terenie omawianej parafii, nie wyrządziła aż tak wielkich szkód. Jeśli prześledzimy zgony z całych lat 60-tych XIX w., to okazuje się, że owszem, rok 1867 wyróżniał się, ale nie w sposób radykalny jak na innych terenach, gdzie można przeczytać, że ilość zgonów zwiększała się czasem i o kilkaset procent.

13. Zestawienie liczby zgonów w parafii Oksywie

Wróćmy jednak do kolejnej dzisiejszej zagadki. Jak już wspomniałem wcześniej, ośmioletnia Elżbieta umiera 5 września 1867 roku, a z aktu zgonu możemy odczytać jej rodziców. Nie pozostaje nic innego jak dokonać prostych obliczeń i w okolicach roku 1859 poszukać jej aktu chrztu. Tak też zrobiłem, stosując swój zwyczajowy, dwuletni margines, zarówno w górę jak i w dół. Elżbietę odnalazłem dość łatwo, urodziła się 16 października 1859 roku w Gdyni, czyli dokładnie tam, gdzie powinienem jej szukać. Problem pojawił się po odczytaniu rodziców. Zamiast Walentego i Anny z domu Herber mamy tu Józefa i Annę Pieper. Czyli to jednak nie moja Elżbieta?

14. Akt urodzenia Elisabeth Wesserling 16.10.1859 Gdingen

Na początku zwiększyłem margines przy poszukiwaniu roku. Nic. Poszerzyłem poszukiwania o sąsiednie parafie. Nic. Śladu po Elżbiecie córce Walentego nie znalazłem. Elżbieta, której nie było?

Jeśli wejdziemy jednak na stronę familyserch.com i poszukamy Elżbiety Wesserling z 1859 roku, także trafiamy na jeden rekord. Znajduje się tam Elżbieta, której chrzest odbył się w oksywskiej parafii 23 października 1859 roku, tyle że tutaj, jako rodzice, podani są Walenty i Anna Piper. To już łatwiejsze do przełknięcia, prawda? Ale pewności ciągle nie ma. Dla porządku dodam, że nie odnalazłem także w odpowiednim okresie aktu małżeństwa Józefa Wesserling z Anną Pieper. Nie twierdzę, że go nie ma, ale w dostępnych mi źródłach nie figuruje taki zestaw nowożeńców.

Cóż, aby mieć pewność, powinienem dotrzeć do oryginalnego aktu urodzenia Elżbiety, choć i teraz można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że to właśnie w posiadanym przeze mnie duplikacie pojawił się błąd.

15. Indeks ze strony Familysearch.com

Pogrzeb Anny i dziewczynek, jak wspomniałem, odbył się 7 września 1867, a już 28 października (pewnie biorąc przykład z ojca) Walentyn żeni się po raz drugi. Tym razem wybór pada na 19 lat młodszą Magdalenę Wencl z Chwaszczyna. Tam też odbywa się ceremonia zaślubin.

16. Akt małżeństwa Valentin Wesserling Magdalena Wencl 28.10.1867 Quaschin

Wraz z nowym rokiem rodzina przenosi się znów do folwarku Steinberg. Niestety i tu dopada ich śmierć. 4 kwietnia 1868 umiera najmłodszy syn – Jan. Za to dzień przed wigilią Bożego Narodzenia rodzi się pierwsze dziecko z nowego związku, Magdalena.

W majątku Steinberg pozostają przez jakiś czas, ale kolejne córki – Augustyna, (17 listopada 1870) oraz Julianna Marta (11 lutego 1873) rodzą się już w Gdyni.

Pech jednak nie opuszcza Walentyna i pod koniec grudnia 1873, umiera jego druga żona.

17. Akt zgonu Magdalena Wesserling 22.12.1873 Gdingen

Cztery miesiące później, 54-letni Walenty… staje na ślubnym kobiercu po raz trzeci, a jego wybranką zostaje 32-letnia Rozalia Bruhn. Ceremonia odbywa się tym razem w filii kościoła oksywskiego w Chylonii.

18. Akt małżeństwa Valentin Wesserling Rosalia Bruhn 26.04.1874 Kielau

Nastaje rok 1875, Walentyn nadal mieszka w Gdyni, ale następują też pewne zmiany. Otóż na początku kwietnia tego roku ślub bierze Józef – najstarszy syn Walentego, a pod koniec czerwca 55-latek zostaje ojcem po raz 11.

Mogłoby się wydawać, że to już szczyt jego możliwości, nic jednak bardziej mylnego, ponieważ Walenty płodzi jeszcze dzieci w wieku 58 (August) i 59 lat (Joanna). Oboje jednak umierają w wieku niemowlęcym.

20 lutego 1879 roku umiera także drugi z jego najstarszych synów – 23-letni Michał. Śmierć odnajduje go w folwarku Hoch Redlau, gdzie pracował razem ze swym ojcem.

Mniej więcej w momencie śmierci małej Joanny (grudzień 1879), Walentyn z rodziną, znów przeprowadza się do Gdyni. Tam też pozostaje, aż do swojej śmierci, która następuje 15 lutego 1882 roku.

Categories: Genealogia | 2 komentarze

Tajemnicze losy wojenne Johana Młodszego

Jego legenda zauroczyła mnie od momentu gdy usłyszałem o niej po raz pierwszy. Byłem wtedy jeszcze małym chłopakiem, gdy któregoś dnia, nie pamiętam już nawet z jakiego powodu (pewnie podczas jakichś wspomnień w trakcie spotkania rodzinnego) dowiedziałem się o bracie dziadka, który w czasie II Wojny Światowej służył na niszczycielu na Morzu Śródziemnym.

Jestem z pokolenia dla którego II Wojna Światowa była czymś tajemniczym, fascynującym – nie poznaliśmy okrucieństwa wojny na sobie (i oby tak już pozostało) i wydawało nam się, że to świetna zabawa. Od kiedy pamiętam oglądałem filmy o tematyce wojennej, a że obaj dziadkowie zmarli dość wcześnie i w dodatku byli zbyt młodzi by służyć w czasie wojny, w jakimś stopniu doskwierał mi brak opowieści rodzinnych z tego okresu. Dlatego gdy do mojej głowy dotarła „bomba” o krewnym służącym na NISZCZYCIELU, zostałem niemal od razu pochłonięty przez tę historię.

Nieważne było dla mnie, że to w zasadzie już jej koniec – służył na niszczycielu i zginął. Nieważne, że po wojnie dostarczono po nim walizkę z pamiątkami, ale zaginęła i nic po nim nie zostało. Nieważne w końcu, że służył w Kriegsmarine. Był niszczyciel, było Morze Śródziemne, była przygoda.

W tym miejscu chcę zaznaczyć, że to gdzie służył nie ma dla mnie znaczenia i teraz. Nie oceniam ludzi, nie komentuję ich wyborów, a już z pewnością nie twierdzę, co ja bym zrobił na ich miejscu. Dość często niestety spotykam się z postawą, kiedy to ludzie siedząc w zaciszu swojego ciepłego domu komentują jak oni by się zachowali i co powinno się zrobić w danej sytuacji. W pewnym stopniu im zazdroszczę. Ja nie mam tej pewności i generalnie wolałbym nie musieć podejmować takich decyzji. Ale wróćmy do sedna…

Patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się, że to właśnie Jan był sprawcą tego, że połknąłem bakcyla i zająłem się genealogią. Jego historia nie dawała mi spokoju, a fakt, że wiedziałem o nim tak niewiele, coraz mocniej pchał mnie w kierunku tego, by coś z tym fantem zrobić. I nadszedł taki dzień, kiedy w końcu coś zrobiłem.

Byłem gdzieś na początku swej przygody z genealogią, gdy zauważyłem, że wiele osób z przeszłości mojej rodziny związanych jest z parafią Św. Michała Archanioła na Oksywiu. Naturalnym wydało mi się udać tam i poprosić o możliwość sprawdzenia ksiąg pod kątem małżeństwa mojego pradziadka Jana (pisałem o nim tutaj). Miałem oczywiście pewne obawy, naczytałem się gdzieś w internecie, że księża różnie reagują na takie prośby, ale cóż, spakowałem notes i pojechałem.

Jakież było moje zdziwienie, gdy ksiądz nie tylko dał mi odpowiednią księgę do przejrzenia ale i sam zaproponował kolejne, a w szczególności księgę urodzeń. Z mojej pięciominutowej wizyty – jechałem przecież tylko po jedną datę, zrobiło się pół dnia, ale za to jak owocnego. Poznałem wtedy wiele nieznanych mi wcześniej faktów z życia mojej rodziny. Poznałem także datę urodzenia Jana Młodszego.

Od tego czasu minęło ponad pięć lat, ale w końcu mogę Wam coś więcej o nim powiedzieć. Posłuchajcie…

Urodził się na Oksywskich Piaskach 10 marca 1923 roku jako trzecie dziecko Jana i Heleny – moich pradziadków. Chrzest odbył się 15 marca w wyżej wspomnianej parafii, a chrzestnymi zostali Rozalia Wesserling (babka pani Jadwigi Kaczor, o rozmowie z którą pisałem tutaj) oraz brat babki małego Jana, Antoni Parchem.

Lata dziecięce upływały mu spokojnie, w domu nie brakowało niczego. Do połowy lat 30-tych XX wieku połowy, rzec by można, były bardziej niż przyzwoite. Z biegiem czasu coraz więcej poświęcał się rybactwu, tak że w swoich młodzieńczych latach wraz z ojcem i starszym bratem stanowili już zgraną załogę.

W dniu wybuchu wojny Jan ma 16 i pół roku. Przy rodzinie udaje mu się pozostać jeszcze przez 3 lata, jednak w połowie 1942 i on otrzymuje powołanie.

Jedyna znana mi fotografia Jana

15 sierpnia 1942 roku melduje się w 2 Kompanie II. Abteilung Marinestammregiment w Beverloo, gdzie odbywa szkolenie jako rekrut. Po odbyciu szkolenia skierowany zostaje do Antwerpii do nowopowstałej 12. Landungsflottille pod dowództwem Komandora Podporucznika Karla Söhnlein. Flotylla ta była flotyllą szkoleniową, a jej zadaniem było dostarczanie doświadczonych już marynarzy w rejon Morza Śródziemnego.

Przebieg służby

Zatem kierunek jak najbardziej się zgadza. Problem tylko w tym, że obiekty na których szkoli się Jan, to łodzie motorowe i transportery piechoty. Jak na razie tyle z niszczyciela…

W 12 pozostaje przez miesiąc po czym skierowany jest do 2 Kompanie III Abteilung I Flottillenstammregiment w Brugge. Jak można odczytać z niemieckiej strony Lexikon der Wermacht, także i ta kompania była kompanią szkoleniową. W Brugii przebywa od stycznia do marca 1943, czyli przez kolejne 3 miesiące.

Warto zauważyć, że od momentu powołania do wojska minęło 7 miesięcy, a Jan do tej pory prawdopodobnie nie miał jeszcze do czynienia z „poważną” wojną, a to nie koniec.

Od połowy marca do początku kwietnia trafia co prawda do I Flottillenstammregiment Durchgangskompanie, czyli jak możemy prześledzić w wyżej podanym leksykonie, do 3 Kompanii I Departamentu, która była kompanią tranzytową. Trwa to jednak jak łatwo zauważyć jedynie 2 tygodnie, w odpisie służby z Deutsche Dienststelle nie ma też wzmianki o pobycie na froncie w tym okresie.

Od kwietnia do połowy czerwca 1943 szkoli się dalej. Tym razem w Marineflakschule II, 4. Leichte Flaklehrkompanie; Flak-B-Lehrgang – czyli na kursie dla przyszłych operatorów działek przeciwlotniczych.

Skierowanie do Marineflakschule nr 2 wiązało się z wyjazdem z Belgii i podróżą na południe Francji do miejscowości Dax. Morze Śródziemne coraz bliżej…

Miejscowość Dax - południowa Francja

Jan podczas szkolenia ma do dyspozycji:

– 3,7 cm S.K. zarówno w wersji pojedynczej, jak i w wersji sprzężonej po 2 lufy,

– 2 cm Flak 30,

– 2 cm Flak 38,

– Oerlikon.

Zważywszy jednak na jego dalszą karierę wojskową jestem skłonny założyć, że jeśli szkolił się na wszystkich tych rodzajach dział, to podczas prawdziwych zmagań wojennych miał już do czynienia tylko z jednym, a mianowicie 3,7 cm S.K. i to w wersji pojedynczej. Co do samego skrótu S.K. – oznaczał on Schiffskanone, czyli mówiąc po polsku – działo okrętowe. Mimo dość wysokich osiągów balistycznych (donośność pozioma 8,5 km; pionowa 6,8 km), które zapewniała długa lufa, była ona nie do końca skuteczną bronią do celów obrony przeciwlotniczej. Wiązało się to z tym, że była to armata półautomatyczna, w związku z czym każdy nabój musiał być ładowany ręcznie po wystrzale. Jak możemy wyczytać szybkostrzelność praktyczna oscylowała wokół trzydziestu paru pocisków na minutę. Nie był to niestety imponujący wynik. Z czasem zaczęto je wymieniać na nowocześniejsze 37 mm KM42 i KM43, niestety nie były one dostępne na mniejszych jednostkach.

Zajęcia trwają do 12 czerwca, a dzień później Jan melduje się na froncie. Nie jest to jednak jak można by podejrzewać Morze Śródziemne, a Morze Północne i Kanał La Manche. Z początku ponownie trafia do I Flottillestammregiment tym razem jednak 4 Kompanie z.b.V.. Wszystko ładnie pięknie, ale cóż to z.b.V. ma oznaczać. Trochę to trwało, ale udało mi się odnaleźć, że jest to skrót od zur besonderen Verwendung – czyli po polsku do specjalnego zastosowania. No i super. Można by pomyśleć, że wreszcie coś ciekawego. No niestety, po głębszym zbadaniu tematu okazało się, że kompania „do zadań specjalnych” to taka, która składała się wyłącznie ze sztabu, oddziału zaopatrzenia i łączności. Powstały po to, żeby skupiać pod swoimi rozkazami mniejsze samodzielne oddziały takie jak oddziały rezerwowe, oddziały z likwidowanych szkół wojskowych, budowlane i wszystkie takie, które można było rzucić na front. No i już tak różowo nie jest. Prawda?

Co dzieje się z Janem podczas tego pierwszego spotkania z frontem nie jest mi wiadome. W kontekście jednak tego, że 1 lipca 1943 roku otrzymuje awans na stopień – Matrosengefraiter – co w polskiej armii jest prawdopodobnie odpowiednikiem starszego marynarza, możemy założyć, że coś na tym froncie jednak robił.

Matrosengefreiter

6 lipca otrzymuje jednodniowy przydział do kompanii rezerwowej. Ciekawe, czy ma to związek z tym, że jego wcześniejsza jednostka została rozbita, czy też może zwyczajnie zasłużył na dzień odpoczynku. Jakby jednak nie było, po odpoczynku melduje się ponownie w 12 Landungsflottille – jak pamiętacie, to ta treningowa. Tym razem jednak nawet ta jednostka skierowana jest na front, a Jan pozostaje tam do 4 sierpnia 1943 roku.

Resztę sierpnia spędza już na Morzu Śródziemnym dostaje bowiem przydział do nowopowstałej 15 Landungsflottille, która za swoją bazę ma początkowo Pireus. Z Pireusu zostaje rozlokowana na wyspy Morza Egejskiego, Kretę i Rodos. Jak można doczytać we wspomnianym już leksykonie, zwłaszcza na Rodos, gdzie rozlokowana była brygada szturmowa.

Ostatniego lata sam byłem na Rodos, nie miałem jednak jeszcze pojęcia o możliwym pobycie Jana na tej wyspie. Fakt, że nasze ścieżki mogły się wreszcie przeciąć, a ja nic o tym nie wiedziałem, nie wykorzystałem okazji by popytać ludzi, jest dla mnie frustrujący, z drugiej strony jednak sprawia, że mam coraz większą ochotę do powrotu na tę piękną wyspę.

Z początkiem września 1943 Jan otrzymuje nowy przydział, tym razem jest to 10 Landungsflottille i po raz pierwszy jest wyraźnie zaznaczone, że jest tam strzelcem – Flak-Schütze. Zjawia się w oddziale w momencie, gdy ten po zakończonej ewakuacji Sycylii, rozpoczyna ewakuację Sardynii i Korsyki. Jeśli o ewakuacji sił niemieckich z Sardynii możemy napisać, że przebiegła w miarę bezproblemowo, to jeśli tyczy się to Korsyki, tu sprawa wyglądała bardziej skomplikowanie. Co prawda z niemieckich kronik możemy dowiedzieć się, że i ona przebiegała wedle planu i bez problemów, ale ciężko obronić tę tezę w świetle tego, co 21-22 września 1943 wyczyniał u wejścia do portu w Bastii nasz okręt podwodny „Dzik”. W tym właśnie czasie nasi podwodniacy zatopili ewakuujące się jednostki niemieckie o łącznej pojemności 14.000 ton. Wśród 11 jednostek, które poszły na dno były także i różnego rodzaju łodzie motorowe. Te ostatnie, jako jednostki o małym zanurzeniu nie padały raczej łupem torped wystrzeliwanych z łodzi podwodnych. Marynarze z „Dzika” stosują jednak dość niebezpieczny manewr, a mianowicie posyłają torpedy na przebieg po powierzchni wody. Jak się okazało, metoda ta jest bardzo skuteczna, niestety naraża okręt podwodny na zlokalizowanie przez wroga. „Dzikowi” udaje się jednak bezpiecznie umknąć pogoni.

Emblemat 10.Landungsflottille

Co do samego Jana, to nie zostało odnotowane, by odniósł jakiekolwiek rany podczas tych walk, a ewakuację wraz ze swym oddziałem prowadzi do 4 października, czyli do momentu, gdy ostatni niemiecki żołnierz opuszcza Korsykę.

Do grudnia 1943 łodzie flotylli używane były do zadań zwiadowczych między San Remo a Piombino, jednocześnie część okrętów zostaje załadowana w Genui i innych portach Ligurii na wagony kolejowe i przetransportowana na adriatyckie wybrzeże. Z początkiem roku 1944 flotylla zostaje rozlokowana w portach dawnej Jugosławii (Dubrownik, Split, Triest, Trogir). Wykorzystywana jest do zadań transportowych, zwiadowczych oraz w charakterze grupy desantowej.

 

 

 

 

Rozkazy potwierdzające patrole i przewóz flotylli nad Adriatyk

Jeśli chodzi o Jana to z tego roku znam niestety tylko dwa fakty z jego życia. Pierwszy to udział w konwoju dnia 19 czerwca. Jednostka F-360 na której płynął przemieszczała się wraz z F-518 i F-553 z portu Corsini (Ravenna) do Ankony. Podczas tej misji łódź F-360 została uszkodzona w wyniku ataku lotniczego, a w trakcie walki, która się wywiązała, FlakSchütze czyli Jan odnosi rany i dnia 20 czerwca zostaje mu nadana „Odznaka za rany – w czerni”.

Jedyne odznaczenie do zdobycia którego trzeba było faktycznie przelać swoją krew

Kolejny raz, ostatni już niestety w tej historii, nasz bohater pojawia się na scenie 18 lipca 1944 roku, w dniu swojej śmierci. Ten fragment opowieści chciałbym jednak przedstawić z trochę innej strony, a mianowicie opisać pokrótce jak próbowałem rozwikłać zagadkę jego śmierci. Sama data była mi znana od dość dawna. Od początku też kojarzyła mi się z pewnym wydarzeniem, a mianowicie bitwą o Ankonę. Nie wiedziałem wtedy oczywiście tego wszystkiego o czym pisałem powyżej, dalej myślałem o Janie i jego służbie na niszyczycielu… W późniejszym czasie otrzymałem list z Deutsche Dienststelle z przebiegiem jego służby. Ten, kto kiedykolwiek dopytywał się w tej instytucji o swego krewnego wie, że jeśli nie pozostały po krewnym jakieś specjalne dokumenty, to w zasadzie nie ma tam zbyt wiele danych. Owszem są one ważne, ale jest to tylko data i przydział, nic więcej. Tak przynajmniej było w moim przypadku.

Wtedy też podczas rozszyfrowywania niemieckich nazw jednostek doznałem szoku. Gdzie mój niszczyciel? Zamiast jakiegoś konkretnego okrętu, niewielkie łodzie. Trudno. Zacząłem wczytywać się w historię i dokonania ludzi pływających na tych jednostkach i z dnia na dzień nabierałem do nich większego szacunku.

Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku zacząłem mozolnie, linia po linii, rozszyfrowywać list. Ostatnia linijka przed zwyczajowymi pozdrowieniami przedstawiała sobą taki oto tekst: „Ihr Onkel ist am 18.07.1944 als Angehoringen der 10. Landungsflottille im Uljet Kanal/Adria gefallen”. Należy to tłumaczyć mniej więcej w ten sposób, że mój wujek poległ 18 lipca 1944 roku jako członek 10. Landungsflottille w Kanale Uljet na Adriatyku.

Informacji niby dużo i powinny być wystarczające, ale gdy przyjrzeć się temu bliżej, to jednak czegoś brakuje. Warto by było wiedzieć jaką misję wykonywał, na jakiej jednostce płynął, no i gdzie na Adriatyku znajduje się Kanał Uljet. Z pozoru najprostszą rzeczą do sprawdzenia jest sięgnięcie do dobrego atlasu lub mapy morskiej i odnalezienie interesującej rzeczy. Tu niestety spotyka nas wielkie rozczarowanie, kanału o tej nazwie nie znajdziemy nigdzie na świecie, nie tylko na Adriatyku. Cóż pozostaje nam podejść do sprawy od innej strony. Czas odnaleźć pełen skład jego flotylli. Udało mi się to zrobić na stronie: http://www.historisches-marinearchiv.de. Jest doprawdy genialna, ma tylko jeden minus – jest całkowicie po niemiecku. Ciekawość jednak zwyciężyła. Wgryzłem się głębiej w stronę i odnalazłem zapisy z dzienników pokładowych 10 flotylli. Przeszukałem opisy wszystkich jednostek i na koniec wszystkiego spotkała mnie odrobina szczęścia. Wyobraźcie sobie, że dnia 18 lipca 1944 roku tylko jedna łódź została zatopiona, zginęła tylko 1 osoba – niestety Jan.

Infanterietransporter I-O-97

Wiem już zatem, że łódź której poszukiwałem to I-O-97 typu Infanterietransporter (Siebelgefäß) – czyli po naszemu transporter piechoty. Wpis z dziennika głosi, że tego feralnego dnia jednostka została zatopiona przez kanonierkę w okolicach Trstenik. Szybki wgląd w mapy gogle i mam. Miejscowosć Trstenik – znajduje się w Chorwacji, Słowenii, Serbii, jest nawet taka ulica w Splicie. Łączę to z Adriatykiem i pozostaje mi Chorwacja ale nawet i tu miejsca są dwa. Miejscowość Trstenik przy wyspie Korcula niedaleko Dubrownika i wysepka niedaleko wyspy Cres. Od Cres jednak bliżej do Ankony, a taki transporter piechoty zapewne mógłby się przydać uciekającym z miasta żołnierzom niemieckim.

Cały czas nie dawał mi jednak spokoju kanał, o którym pisano przy podaniu jego daty zgonu. Teraz wiedząc, że szukam u wybrzeży Chorwacji sprawdziłem znaczenie słowa Uljet. Jeśli wszystko się zgadza oznacza ono słowo Sumer, natomiast Ulje to olej. Nie powiem, że pomysły mi się kończyły. One mi się skończyły i generalne tak właśnie chciałem zakończyć losy Jana, okazało się jednakże, że szczęście sprzyja mi dalej. Dosłownie dziś, w momencie, gdy przygotowywałem się do opisania ostatniej części historii spojrzałem na mapę raz jeszcze. Chwilę mi to zajęło nim zrozumiałem na co patrzę. Po lewej wyspa Korcula, na prawo półwysep z portem w miejscowości Trstenik, a poniżej mniejsza wysepka… Wysepka o jakże wdzięcznej nazwie Mljet. Między Korculą a wyspą Mljet – kanał. Kanał nazywa się Mljetski, czyli z niemieckiego Mljet Kanal. A mówią, że Niemcy tacy skrupulatni, a błędy i tak zdarzają się każdemu.

Przybliżone miejsce śmierci Jana

Zatem łódź o numerze I-O-97 zatopiona została w okolicach miejscowości Trstenik na Mljet Kanal, a bazą wypadową tej części flotylli był Dubrownik.

W tym miejscu wypada jedynie dodać, że ciała Jana nigdy nie odnaleziono, nie ma on zatem swojego grobu, a upamiętniony jest w mauzoleum marynarzy wszystkich flot w Laboe niedaleko Kilonii.

Categories: Genealogia | 3 komentarze

Pierwsza wyprawa zielarska

Pierwsza większa wyprawa w poszukiwaniu surowca już za mną. A jest o tej porze roku z czego wybierać. Zatrzęsienie wszelkiego rodzaju pąków, czy to liściowych, czy kwiatowych, to na przednówku, istna skarbnica wszelkiego rodzaju witamin i mikroelementów oraz innego rodzaju związki, które pobudzają nasz układ odpornościowy, dodają nam, tak potrzebnej, energii życiowej, wspomagają odmładzanie i oczyszczanie naszego organizmu.

Smakują wyśmienicie nawet prosto z drzewa, ale nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy po zebraniu ich, wysuszyli i przechowywali je na późniejsze chwile, kiedy to już ich dobroczynne działanie nie będzie dostępne bezpośrednio „z drzewa”. Lecz jeśli i Wy macie ochotę skorzystać z ich dobrodziejstw trzeba się spieszyć, z dnia na dzień bowiem pąki nabrzmiewają i zmieniają się nieuchronnie w dojrzałe organy roślinne, czy to kwiaty, czy to liście. Mają oczywiście i one zdrowotne właściwości, lecz ich skład jest już odmienny, od tego, który możemy uzyskać z zamkniętego pąka.

kawaNa wyprawę wybrałem się z bratem w ostatnią sobotę lutego i podzieliliśmy ją na dwie części. Na początku rozwijaliśmy swoje zainteresowania bushcraftem, co wiązało się z założeniem, na zaprzyjaźnionym terenie, obozu. Kawa z ogniska smakuje wybornie.

Drga część wyprawy, mniej stacjonarna’ była już typowo przyrodniczo-zielarska. Wyposażeni w jutowe woreczki, wyruszyliśmy na trasę, która będzie przez nas eksploatowana przez cały rok, by pokazać Wam, jakie zioła, czy też ich składniki, są dostępne w poszczególnych miesiącach.

poleZanim jednak dojdziemy do lasu musimy przemaszerować przez pas pól, które o tej porze roku nie mają jeszcze zbyt wiele do zaoferowania, ich czas przyjdzie później.

wiewiorRuszamy dalej. Już po przejściu kilkudziesięciu metrów okazuje się, że nie będziemy w lesie sami. Ciekawska wiewiórka bacznie obserwuje nasze poczynania, prawdopodobnie chciała się upewnić, że nie podbierzemy nic z jej drogocennych zapasów.

sosnaPierwsze co rzuca nam się w oczy, to oczywiście wszechobecne sosny, to wspaniała roślina zielarska, jakże niestety obecnie niedoceniana. Praktycznie każda część tej rośliny może być z powodzeniem wykorzystywana w zielarstwie (pąki, młode pędy, gałązki z igliwiem, żywica, czy kora). Nas dziś interesują pąki oraz igliwie.

modrzewieW zielonej ścianie igliwia sosen co jakiś czas występują drobne wyrwy. To modrzewie, które swoje igliwie zrzuciły na czas zimowy. Co ciekawe, zarówno pąki sosny, świerka, jak i modrzewia mają podobne właściwości.

bukMimo bogactwa pąków na drzewach liściastych, wyglądają one jednakże dość smutno o tej porze roku. Pewną odmianę stanowią tu młode buki i dęby, które zeszłoroczne liście, choć teraz brązowe, zatrzymały jednak na sobie. W zagłębieniach ogonków liściowych znajdują się nowe pąki, które także nas dziś interesują.

leszczyna-malyPo pewnym czasie dość monotonnej wędrówki trafiamy wreszcie na leszczynę. Tu interesować nas będą przede wszystkim kwiatostany męskie, do których ja przekonałem się już dość dawno, natomiast mój brat, co widać na zdjęciu, ma dość mieszane uczucia. Dla niego są zwyczajnie gorzkie.

srokoszZ lasu wychodzimy nad zarośnięte jeziorko, nad którym latem zawsze oglądam przeróżne gatunki ptactwa. Jak się okazuje i teraz, pod koniec lutego, można tu spotkać ciekawych mieszkańców, wśród nich, jednego z moich ulubionych – Dzierzbę srokosza. Spotkaliśmy go siedzącego na wierzbie, której kwas salicylowy zawarty w korze z młodych gałązek jest naturalną aspiryną.

dzika rozaNad brzegiem udało nam się odnaleźć krzew dzikiej róży, jak możecie zauważyć, widać na niej jeszcze zeszłoroczne owoce. Niestety, choć owoce te mają mnóstwo witaminy C (najwięcej ze wszystkich dostępnych nam owoców), to te konkretne były już przemrożone i dodatkowo nawilżone do tego stopnia, że nie nadawały się już do spożycia.

jalowiecTuż obok natrafiliśmy na krzewy jałowca, na których także odnaleźć można jeszcze owoce.

trzcinapalkaJeziorko jak już wcześniej wspomniałem jest zarośnięte, w przeważającej większości jest to trzcina i pałka. Kłącza tych roślin, szczególnie jeszcze teraz, to świetny zamiennik ziemniaków. Nie ma też żadnego problemu z ich rozróżnieniem, ponieważ wystające łodygi skutecznie wskazują z przedstawicielem jakiego gatunku mamy do czynienia.

olchaNa koniec natrafiamy jeszcze na stanowisko olch. Nie ma najmniejszego problemu z rozpoznaniem ich o tej porze roku. Fioletowawe gąsieniczki kwiatów zwisające z gałązek są wystarczająco charakterystyczne. Olcha między innymi, ma wspaniałe właściwości oczyszczające, ale o tym kiedy indziej. Na tę chwilę napiszę tylko, że zebraliśmy i ten surowiec.

dzieciolTak jak na rozpoczęcie wizyty w lesie byliśmy witani przez wiewiórkę, tak przy jej końcu pożegnał nas dzięcioł duży. Czas na powrót do domu i odpowiednią obróbkę pozyskanych surowców.

Do zobaczenia na zielarskim szlaku…

Categories: Bushcraft, Medycyna ludowa | Leave a comment

Zioła to też styl życia

ziolaZ dzisiejszej perspektywy ciągle i szybko zmieniającego się świata, kiedy to człowiek ma bardzo mało czasu by odpowiednio na zmiany owe reagować i by nie pozostać w tyle, niewielu ludzi zadaje sobie trud by odpowiedzieć na podstawowe pytanie, dlaczego?

Coraz szybciej rozwijająca się technologia informacyjna, czy komunikacyjna sprawia, że zawsze jest coś co pcha nas dalej, każe podejmować wciąż nowe decyzje, już, teraz, natychmiast. Nim zrobią to inni. By tylko utrzymać się w wirze samonapędzającego się kołowrotu zdarzeń. Owocuje to przyspieszającym niemal w tempie geometrycznym trybem życia, notorycznym brakiem czasu dla siebie, rodziny, znajomych. Trwaniem w ciągłym stresie, czemu bardzo często towarzyszy bezsenność, ciągłe wyczerpanie, apatia, czy depresja. Z tego miejsca niedaleko już do poważniejszych chorób z wszelkiej maści nowotworami na czele.

Tak jak już wspomniałem wcześniej nieustanny brak czasu i wieczne zaganianie powodują, że także w sytuacji chorobowej staramy się działać szybko i pobieżnie, nieraz nawet nie znajdując czasu na próbę walki z zaistniałą sytuacją. Szybki środek przeciwbólowy, saszetka mikstury przeciwgorączkowej i do pracy. Z drugiej strony równie często popadamy w drugą skrajność, z niewielkim problemem udajemy się do lekarza i otrzymujemy antybiotyk, z zapewnieniem, że szybko miną wszelkie męczące nas dolegliwości. Sporo z nas nie zdaje sobie jednak sprawy, że działanie takie bardzo osłabia tylko nasz organizm, wyjaławiając go, a nie zapewniając nic w zamian. Częstokroć bowiem męczące nas objawy związane są z wirusami, na jakie antybiotyk nie działa w żaden sposób, chyba że zależało nam na silniejszym ich namnożeniu poprzez to, że osłabiony organizm nie ma siły się tym najeźdźcom przeciwstawić. Tu znów winien jest wszechobecny pośpiech. Wyszukiwanie kolejnych dróg „na skróty”, byle szybciej i w miarę możliwości, jak najmniej uciążliwie.

W pewnych kręgach czy rodzinach doprowadziło to wręcz do swego rodzaju kultu „białej pigułki”. Lekarstwa syntetyczne są używane w nadmiarze, a często w sposób zupełnie nieuzasadniony. Tyczy się to zarówno walki z chorobami, jak i przy szeroko pojętej suplementacji. Łatwość z jaką możemy sięgnąć po coraz to nowsze i lepsze środki (jak przedstawia nam się to w reklamach) sprawia, że faktycznie w wielu przypadkach zapominamy nawet o lekarzu. Stajemy się z jednej strony coraz bardziej samowystarczalni, z drugiej coraz bardziej samotni. Nie mając czasu nawet dla siebie nie mamy co wymagać byśmy taki czas znaleźli dla innych, a co dopiero na marnowanie go, by pielęgnować więzi międzyludzkie. Oczywiście. To wszystko uogólnienia. Prawdą jednakże jest, że dzisiejszy stan rzeczy bardzo zmienił zarówno zachowania międzyludzkie, jak i zachowania ludzi w stosunku do otaczającego ich świata. Oddalamy się zarówno od siebie jak i od przyrody, z którą człowiek był nierozerwalnie związany od tysięcy lat. Być może już czas to zmienić. Zatrzymać się choć na chwilę, spojrzeć z trochę innej strony, na spokojnie, bez zbędnego pospiechu i strachu przed pozostaniem w tyle.

Dziś spacer bardziej niestety kojarzy się nam z wizytą w galerii handlowej niż w pobliskim lesie, czy parku. Ba, jeśli już się tam znajdziemy to obawiam się, że dla przeważającej większości występujące tam rośliny stanowią nie lada zagadkę, a przecież jeszcze kilka pokoleń wstecz rośliny te odgrywały wielką rolę w życiu człowieka. Żywiły go, leczyły, zapewniały materiał na odzież, dostarczały budulca, czy produkowano z nich kosmetyki oraz barwniki. Dziś większość z tych wspaniałych i dobroczynnych roślin doczekała się miana chwastów, lub co najwyżej, zupełnie niezasłużenie, nieco pogardliwego określenia: „ziółka”. Tymczasem zioła, lub rośliny lecznicze, jak powinniśmy je nazywać, to dar z którego powinniśmy korzystać całymi garściami.

W obecnych czasach, gdy wielu z nas wprost uzależnionych jest od przyjmowania różnego rodzaju pigułek (choćby tylko suplementów), mało kto pamięta, że lepsze i bezpieczniejsze rozwiązania mamy właśnie w ziołach. A przecież Aspiryna, czy Polopiryna, to nic innego jak pochodna wyekstrahowanego składnika kory wierzby (salicyny). Z tym, że w odróżnieniu od wcześniej opisanych tabletek, przy spożywaniu wywaru, lub odwaru z kory, ryzyko wystąpienia zjawisk ubocznych jest praktycznie zerowe, a skuteczność jest niesamowita.

Jeśli chodzi o suplementację, to pamiętam jak jakiś czas temu rozgorzała dyskusja na temat tego która z witamin C (ta lewo, czy prawoskrętna) jest lepsza dla ludzkiego organizmu i która z nich jest lepiej przez organizm przyswajalna. Odpowiedź wydaje się prosta. Ta naturalna. Pytanie jednak powinno moim zdaniem brzmieć trochę inaczej, a mianowicie, dlaczego w ogóle sięgać po taki suplement, kiedy mamy pod dostatkiem składników naturalnych? Od razu chciałbym uprzedzić wszystkich tych, którzy nie przepadają za cytrynami, że jedzenie ich w dużej ilości wcale nie jest konieczne, a w związku z tym, że nie są one naszym rodzimym owocem, także nie jest to najlepszym rozwiązaniem, ale o tym później. Co zatem z naszą witaminą C? Otóż większość z roślin, które rosną wokół nas posiada ja w swoim składzie, w jednych znajduje się jej więcej, w innych mniej. Podejrzewam, że nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę, że w owocach dzikiej róży, jest jej od 20-30 razy więcej niż w przytoczonych wcześniej cytrynach, jeśli natomiast zależy nam na naprawdę solidnej dawce tej witaminy nawet po obróbce cieplnej, powinniśmy zainteresować się owocami rokitnika.

To oczywiście tylko przykłady, które mają wskazać, że istnie inne rozwiązanie. Co prawda w skład wielu leków wchodzą wyekstrahowane składniki roślinne, tyle że w znakomitej większości przypadków takie odosobnione substancje wywołują o wiele więcej skutków ubocznych, niż gdybyśmy przyjmowali je w ziołach. Czy zatem zioła są w 100 procentach bezpieczne i możemy je przyjmować bez żadnych konsekwencji? Oczywiście nie. Owszem większość roślin jest dla człowieka bezpiecznych i można je przyjmować przez długi czas, ale są i takie, których spożycie choćby w niewielkiej ilości, może skończyć się dla nas zatruciem, lub czymś znacznie poważniejszym. To samo tyczy się jednak i leków syntetycznych. Dlatego o ile w wielu przypadkach zachęcam do samodzielnego eksperymentowania z ziołami, to w wypadkach, kiedy konieczne jest użycie jakiegoś mocniejszego składnika, wymagana jest już konsultacja z doświadczonym zielarzem, lub lekarzem.

Podobnie ma się rzecz w odniesieniu do współczesnych kosmetyków. Tu też wystarczy wejść do jakiejkolwiek drogerii byśmy zostali zalani falą kosmetyków posiadających w składzie substancje ziołowe, naturalne, przyjazne człowiekowi. Cóż jednak z tego, gdy w większości przypadków na napisach się kończy. Za przykład niech nam posłuży w tym momencie nagietek znany ze swego wspaniałego oddziaływania na skórę. Jestem przekonany, że każdy z nas spotkał się nie raz z kremem z nagietkiem, maścią z nagietkiem, czy olejkiem z nagietkiem. Wszystko super, gdyby nie jedno małe ale… Otóż sformułowanie: „z nagietkiem” pozostawia wielkie pole do popisu. W tym przypadku może tam występować naprawdę niewielki procent interesującego nas składnika, bądź, co gorsze, nie być go tam wcale, a zamiast niego znajdziemy tam jakiś syntetyczny odpowiednik. Jeśli miałbym sam pójść i kupić taki krem, to preferowałbym krem z nagietka, nie z nagietkiem. W ten sposób (po sprawdzeniu oczywiście składu) miałbym większą pewność, że kupuję to, na czym naprawdę mi zależy. Choć jeśli mam być szczery. Wolę go zrobić samemu i mieć pewność, że nie znajdą się w nim żadne niepożądane substancje. Taki podstawowy, samorobny krem z nagietka ma oczywiście tę wadę, że nie posiada tak długiego terminu do użycia jak jego sklepowe odpowiedniki, ale wystarczy zrobić go odpowiednio mniej, by się nie zmarnował.

Tu dotknęliśmy kolejnej ważnej sprawy, a mianowicie używania sztucznych konserwantów, dzięki czemu spotkać w dzisiejszych czasach dobry kosmetyk ziołowy, który nie ma w sobie tych sztuczności, jest jeszcze trudniej. Choć jak się ostatnio przekonałem, nie jest to niemożliwe, ale zjawisko to jest bardzo rzadkie. A przecież bogactwo ziół wokół nas jest porażające, a ich zastosowanie prawie nieograniczone. Pamiętajmy, że las i łąka były dla naszych przodków tym, czym dla nas galeria handlowa. Żywił ich, ubierał, leczył. Owszem, nie mieli oni udogodnień związanych z dzisiejszym rozwojem człowieka, co w oczywisty sposób wpływało na ich długość życia, tyle że obiektywnie rzecz biorąc, byli od nas zdrowsi, w lepszej kondycji, a przede wszystkim, potrafili żyć w harmonii z naturą. Korzystajmy zatem z ziół i czerpmy z ich dobroczynnych właściwości póki jeszcze możemy…

Categories: Bushcraft, Medycyna ludowa | Leave a comment

Ziołowa apteczka – pierwsza pomoc

Pogoda pozwala na śmiałe planowanie kolejnych wycieczek i to już w niedługim czasie. Niektóre z nich będą krótsze, inne dłuższe, ale na każdą z nich wybieramy się z naszą niezawodną Ziołową apteczką pierwszej pomocy. Podczas ostatniego przeglądu sprzętu zauważyłem, że niektóre jej składniki wymagają wymiany, w związku z czym postanowiłem opisać Wam, co takiego nosimy ze sobą na wypadek przeróżnych zdarzeń, które mogą nas spotkać na trasie (w najbliższym czasie planujemy także nagranie filmu – do zobaczenia na naszym kanale youtube – ukazującego poszczególne etapy tworzenia preparatów z apteczki).

apteczka

Zacznijmy jednak od początku. Naszą apteczkę traktujemy jako arsenał broni do walki z przeróżnymi dolegliwościami mogącymi nas spotkać podczas wyprawy. Kiedyś najcięższy kaliber stanowiły leki syntetyczne, lecz w miarę upływu czasu i doskonalenia naszych umiejętności, zamieniliśmy je na preparaty ziołowe. Co ważniejsze, nawet jeśli w czasie wyprawy, któryś z preparatów nam się skończy, prawie nigdy nie mamy problemu z odnalezieniem substytutu wśród roślin rosnących wokół nas.

W naszej apteczce prócz plastrów, bandaża, czy koca ratunkowego, znajdziecie także preparaty pomagające nam przy różnego rodzaju krwawieniach, ukąszeniach, użądleniach, zadraśnięciach, stłuczeniach, oparzeniach(także słonecznych), zwichnięciach, odmrożeniach itp. itd.. Jak widzicie jest to arsenał dość bogaty, ale jednocześnie nie zajmujący wiele z cennego miejsca w plecaku.

Read more »

Categories: Medycyna ludowa | Leave a comment

Czarownica po kaszubsku

Wbrew tytułowi, nie przedstawię tu żadnego przepisu kulinarnego, postaram się jednak oddać w miarę wierny opis przebiegu wypadków, jakie miały miejsce w czasie egzekucji ostatniej czarownicy. W zasadzie ta historia podobała mi się od samego początku, jednakże im bardziej mi się podobała, tym większe miałem skrupuły by o niej pisać. Dlaczego? – spytacie. Otóż dlatego, że trudno mi opowiadać w momencie, gdy jest wielce prawdopodobne, że któryś z członków mojej rodziny brał udział, w czymś, co dziś pozostaje nam nazwać nie inaczej niż wyrachowane morderstwo.

Trudno, słowo się rzekło i tak jak obiecałem, opowiadam. Zacznijmy może od tego, o co chodzi z tą ostatnią czarownicą. Jeśli będziemy odpowiednio wnikliwi, takich „ostatnich” czarownic odnajdziemy kilka. Najczęściej za ostatnią czarownicę uważana jest Barbara Zdunk, która została spalona na stosie w Reszlu 21 sierpnia 1811 roku. Wiele z tego jest prawdą, kobieta nazywała się Barbara Zdunk, miejscowość, w której wykonano karę to Reszel, zgadza się data oraz sposób wykonania egzekucji. Jak na razie dobrze, prawda? Tyle, że skazano ją za podpalenie domu, w wyniku którego zginęło kilka osób, a w całym procesie nawet słowem nie wspomniano o czarach. Tak przynajmniej twierdzi profesor Jacek Wijaczka.

barbara zdunk1. Barbara Zdunk palona na stosie.

Kto zatem był ostatnią czarownicą? Otóż wedle tego samego profesora, ostatnią czarownicą skazaną zgodnie z ówczesnym prawem była Anna Goldin, której ścięcie przeprowadzono w Glarus w Szwajcarii w 1782 roku. Co ciekawe, kilka lat temu oficjalnie oczyszczono ją z zarzutów…

anna goeldin2. Ścięcie Anny Goldin.

Powyżej specjalnie wspomniałem, że Anna była ostatnią skazaną zgodnie z ówczesnym prawem, bowiem 54 lata później, w okrutny sposób rozprawiono się z jeszcze jedną kobietą. Tym razem bez, sądu i bez procesu. Kobietą tą była Krystyna Ceynowa, samosąd nad którą odbył się 4 sierpnia 1836 roku w Chałupach.

Gwoli ścisłości nazwa Chałupy zaczęła obowiązywać dopiero w 1920 roku, wcześniej wieś ta zwała się między innymi Budziszewo – od nazwiska Budzisz, a w czasach, o które nam chodzi – Ceynowo. Tutaj właśnie na scenie pojawiają się członkowie mojej rodziny. W okolicach roku 1820 we wsi Ceynowo rodzi się Wiktoria Budzisz, przyszła pierwsza żona mojego 3xpradziadka Andrzeja Kunckela. Świadomie zapisuję to nazwisko w takiej formie, bo wtedy istniał jeszcze jasny podział na typowo polskich Kąkoli/Konkoli i pochodzących z Niemiec, byłych ewangelików o nazwisku Kunckel. Dziś wszystko to się strasznie pomieszało, a nazwiska Kąkol/Konkol/Konkel/Kunkel i inne formy stosuje się niemal zamiennie…

Wróćmy jednak do historii. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że przy wydarzeniach, które zaraz opiszę brali udział zarówno rodzice Wiktorii, jak i ona wraz z rodzeństwem. Jaką odegrali tam rolę? Nie sposób mi powiedzieć, w opisach nie spotkałem się z nazwiskiem Michał Budzisz, a tak nazywał się ojciec Wiktorii, natomiast jej rodzeństwa zwyczajnie nie znam z imienia. Co zaś tyczy się mojego przodka Andrzeja, to wiem, że ślub z Wiktorią brał w 1847 roku, czyli 11 lat po „rozprawie” z czarownicą, jednakże jego starsze rodzeństwo przeniosło się z Jastarni Gdańskiej(Boru) do Chałup już w latach 30-tych i bywał on tam częstym gościem.

ceynowo 18183. Mapa wsi Ceynowo - 1818 rok.

Cała sprawa z podejrzeniami o czarostwo miała miejsce już wcześniej, gdyż jak możemy przeczytać u Żeromskiego: „W Chałupach od dawna panowało domniemanie, wielokroć w zupełną przechodzące pewność, iż wdowa Krystyna Ceynowa, matka dwu dorosłych córek, Anny i Marianny, oraz trojga dzieci nieletnich, zajmująca się wiązaniem sieci rybackich, jest czarownicą złośliwą. Niewiasta owa, skoro tylko popadała z kimkolwiek w zwadę, kłótnię, zajście sąsiedzkie – złorzeczyła, ciskała przekleństwa, wyzywała złe i życzyła złego, co się też wielokrotnie spełniło, gdyż ludzie przez nią przeklęci wnet chorowali.” Dodatkowymi argumentami za tym, iż Krystyna jest wiedźmą, miał być fakt, że nie widywano jej w kościele, a na jej dachu siadały wrony. Sami przyznacie, że ciężko przeciwstawić się takiej argumentacji…

Zatem, gdy pewnego dnia, sprowadzony kilka dni wcześniej do wioski, szemrany znachor Stanisław Kamiński zawyrokował, że mimo usilnych starań, nie jest w stanie pomóc choremu Janowi Kąkolowi, ponieważ ten jest „oczarowany i nawiedzony od diabła”, wniosek mógł być tylko jeden. Winna musiała być czarownica – Krystyna Ceynowa.

Kamiński miał też gotową metodę na poprawę losu chorego. Wystarczyło kobietę złapać i siłą przymusić do zdjęcia uroku. Tak też uczyniono. Dwóch rosłych rybaków wyprowadziło ją z chałupy, a znachor zmiękczał siłę woli szatana okładając kobietę pięściami i kamieniami przez całą drogę, aż do domu chorego. Po wepchnięciu jej do izby nic się nie wydarzyło i dopiero obalenie jej na podłogę, kopanie i bicie kijem, także przez chorego Kąkola, sprawiło, że diabeł ustąpił i kobieta rzekła, że urok odczyni.

Natychmiast także okazano jej łaskę, pozwolono wstać i przestano bić, by nie narazić kobiety na niepotrzebne męki i niewygody. Dodatkowo, w celu jej ochrony, nie pozwolono jej opuścić do rana domu chorego, a przed chałupą sołtys zostawił na straży dwóch rosłych Budziszów. By zyskać całkowitą pewność, że tej nocy nie stanie się jej nic złego, Kamiński postanowił poświęcić się i spędzić ją całą z Krystyną w jednym łóżku.

Sytuacja ponownie uległa zmianie nazajutrz, kiedy to okazało się, że czarownica mimo pozornej chęci współpracy, nie uzdrowiła chorego. Tłum gotowy był dopuścić się samosądu, lecz światły znachor zawyrokował, że nie jest to możliwe bez uprzedniego upewnienia się, czy Krystyna jest prawdziwą czarownicą. Oświadczył, że zostanie ona poddana próbie wody, aby miała możliwość oczyszczenia się z wszelkich zarzutów.

proba wody4. Próba wody.

Skrępowano jej ręce i nogi i z tak przygotowaną wypłynięto na zatokę, po czym wyrzucono do wody, by jak najszybciej umożliwić jej wykazanie niewinności. Czekano długo, dłużej niż zapewne poczekaliby inni, lecz mimo wielkiej chęci pomocy kobiecie, ta nadal unosiła się na wodzie, miast tonąć, co zaświadczyłoby o jej niewinności. Dodać trzeba ponadto, że wiedźma do pasa podpiętą miała długą linę, by pobożny tłum w razie jej tonięcia, mógł czym prędzej pośpieszyć z pomocą niewinnej.

W końcu uznano, że zrobiono już dla niej wszystko, co było w ludzkiej mocy i po uznaniu jej za osobę utrzymującą stosunki z szatanem, zatłuczono wiosłami, a jej ciało pozostawiono na brzegu. Jakież musiało być zdziwienie wśród mieszkańców osady, gdy kilka dni później aresztowano zarówno prowodyra Kamińskiego jak i 10 rybaków, którzy wykazali się największą żarliwością w pomocy opętanej przez szatana kobiecie. Wszyscy otrzymali wysokie kary więzienia, a Stanisław Kamiński dożywocie – zmarł jednakże po 2 latach.

W tym momencie można powiedzieć, że historia się kończy. Oczywiście, można, ale… Następnego dnia po aresztowaniu, jedna z kur, która do tej pory zupełnie jak wszystkie inne, spokojnie chodziła po całej osadzie, teraz ni stąd ni zowąd zaczęła piać jak kogut. Był to jawny znak, że zły zamieszkujący wcześniej w kobiecie, przetrwał i przeniknął w kurę.

klobuk-zych.preview5. Kura opętana przez diabła.

Po schwytaniu kury, w obecności świadków przebadano ją i stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że to ta właśnie piała jak kogut. Zwierzęciu związano czarcie pazury i w uroczystej procesji wyprowadzono ten szatański pomiot za osadę, gdzie powieszono ptaka głową w dół na uschniętej gałęzi. Znów, jak i przy czarownicy, czekano długo, ale ich trud opłacił się, bo otóż, gdy tylko kura wyzionęła ducha na ziemię pod drzewem z kurzego dzioba wypadł diabeł, po czym czmychnął (co wszyscy zebrani zgodnie potwierdzili).

A cóż to wszystko ma wspólnego z moją rodziną spytacie? Otóż spójrzcie sami. Nie znam wszystkich faktów, ale co wiem, to wam przedstawię. Śmierć zaczyna zbierać swoje żniwo. W pełni sił i zaprawiony w bojach znachor (od 1825 roku przesiadywał w więzieniach kilkakrotnie) umiera raptem po dwóch latach odsiadki w 1838 roku. Później klątwa nałożona przez złą czarownicę wydaje się na chwilę przycichnąć, choć może to ja nie mam odpowiedniej ilości danych.

Wybucha ponownie po 10 latach w 1848 roku, kiedy to odchodzi z tego świata Marcin Kąkol, jeden z uwięzionych. W roku 1850 umiera jeden z dwójki strażników, którzy pilnowali wejścia przed domem z zamkniętą czarownicą – Józef Budzisz, w chwili śmierci ma 33 lata. 1852 rok to śmierć Wiktorii (lat 31, pierwszej żony Andrzeja, z domu jak pamiętacie, Budzisz), a także jej córki Anny Julianny w wieku 6 miesięcy. W tym samym roku umiera także 40 letni syn Marcina Kąkola, Piotr, który zaraz po uwięzieniu ojca ciężko pobił córkę Krystyny Ceynowy – Annę. 1854 – to rok śmierci Filipa, a 1856 Tomasza Budziszów, jednych z przywódców samosądu. W 1860 roku umiera drugi ze strażników, także Józef Budzisz. W 1863 roku umiera druga żona Andrzeja, Marcjanna Dettlaff. Najtragiczniejszy zaś dla mojej rodziny jest rok 1876, w którym umiera zarówno Andrzej jak i obaj jego najstarsi synowie z poprzednich małżeństw Jan – lat 26 i Andrzej – lat 22. Cała trójka topi się jednego dnia. Jak dla mnie czysta klątwa okrutnej czarownicy…

Andrzej pozostawia po sobie najnowszą żonę Krystynę wraz z 9 dzieci, wśród których znajduje się Ksawery, którego mieliście już okazję poznać. Krystyna wkrótce wychodzi ponownie za mąż, za Jana Konkela, dzieci przynajmniej nie miały problemu z nazwiskiem, a ja właśnie sobie uświadomiłem, choć powinno to być oczywiste dla mnie od samego początku, że Ksawery spędził więcej czasu ze swoim przybranym ojcem, niż z prawdziwym. Dodatkowo, co wydaje mi się przypadkiem dość rzadkim, wśród tej 9 rodzeństwa były i takie, które nie będąc pełnoletnie, nie posiadały już ani swego biologicznego ojca, ani matki.

Categories: Genealogia | 11 komentarzy

Pierwsza choinka Ksawerego

Mojego prapradziadka Ksawerego zdążyliście już poznać. To jego ankietę rybacką udało mi się odnaleźć w archiwum PAN w Poznaniu.

1.Ksawery_Konkel

Dziś jednak chciałbym Was zabrać w podróż trochę dalej, a mianowicie do momentu kiedy Ksawery był jeszcze dzieckiem. Nadchodzący czas determinuje nam oczywiście moment, w którym spotykamy małego Ksawerego. Posłuchajcie:

Tego dnia pięcioletni już Ksawery od samego rana był bardzo podekscytowany. Od rana będzie miał co prawda trochę obowiązków, ale wieczorem… Ojciec obiecał mu, że po raz pierwszy będzie mógł ze starszymi chłopcami przebrać się za gwiazdory (założyć białe prześcieradło przepasane sznurem) i chodzić od checzy do checzy, napędzając dzieci do pacierza i rozdając przysmaki (w tym roku będą to jabłka, gruszki, a Antoś Budzisz ma przynieść także surową brukiew). Ksawery nigdy jeszcze nie jadł brukwi, ba nie miał pojęcia co to i jak wygląda. Będzie ciekawie…

Ale nim pozwolą mu na przyjemności, musi zrobić co do niego należy. Wszedł zatem do izby kuchennej, gdzie mama Katarzyna dzieliła właśnie zasolone węgorze. Tradycja nakazywała, że żona szypra (a ojciec Ksawerego, Andrzej, był szyprem już od kilku lat) w wigilijny poranek rozdziela złowione w okresie od września do listopada węgorze między poszczególnych członków maszoperii, by te mogły być spożyte na wigilijnym obiedzie. To właśnie pierwsze zadanie Ksawerego, wraz ze starszymi braćmi – Jankiem i Michałem mają zadbać, by węgorze na czas trafiły do wszystkich.

Prócz matki i Ksawerego w izbie krzątają się jeszcze Franciszka i Krystyna, obie są siostrami malca, choć pochodzą od różnych matek. Franciszka od Marcjanny, a Krystyna od Wiktorii. Ksawery wtedy jeszcze o tym nie wie, ale już nie raz zastanawiał się, dlaczego siostry wyglądają jakby były prawie w tym samym wieku co jego matka. Zajmują się wypiekiem ciasteczek, na które Ksawery już teraz ma wielką ochotę, woli jednak się nie narażać, bo spotkanie z wałkiem lub grubą szmatą nie byłoby dla niego zbyt przyjemne. Poczeka na odpowiednią okazję, albo wyśle młodszego brata, Anastazego. Tak, ten trzyletni szkrab jest traktowany inaczej, jeśli ktokolwiek ma szansę na wyproszenie kilku ciasteczek, to tylko on.

Czas płynął szybko na tych miłych rozważaniach i ani się obejrzał, a ryby były gotowe. Pora wołać braci… Przed chałupą Ksawery spotyka ojca ostrzącego siekierę. Widok jak widok, malec widywał ojca w tej sytuacji już nie raz, nigdy jednak w wigilię, tym bardziej, że Janek nie dalej jak wczoraj, rąbał drewno od obiadu do wieczora. Ksawery wybałuszył więc oczy, a ojciec tylko uśmiechnął się i powiedział, że będzie mu potrzebny, gdy już załatwi sprawę z rybami.

Jednakże ani Janek, ani Michał nie byli zainteresowani niańczeniem Ksawerego. Obiektem ich zainteresowania była Helenka Budziszowa, z czego Ksawery skrzętnie skorzystał i miast przyglądać się umizgom, odszukał Antosia, by wraz z nim odkrywać smak brukwi.

Cóż tu dużo mówić, może na tym świecie znajdują się i amatorzy takich rarytasów jak brukiew, Ksawery wiedział jedno, on do nich nie należał. Już od jakiegoś czasu był przekonany, że ze wszystkich przysmaków tego świata, on najbardziej lubi ryby. Ryby pod najprzeróżniejszymi postaciami i jak to właśnie udowodnił, nie zmieni tego nawet brukiew. Fuj, ohyda. Ale te ciasteczka… Oby Anastazy się sprawił.

Nie czekając na braci pognał do domu. Niestety jedyne co udało mu się dowiedzieć od Anastazego, to fakt, że ciasteczko było pyszne, a Ksawery musi obejść się smakiem.

Zrezygnowany odszukał ojca, gdzie oznajmiono mu, że czeka go kolejna wycieczka, tym razem do lasu po drzewo. Tego już było dla malca zbyt wiele. Czy tego dnia wszyscy powariowali? Bracia miast roznosić ryby, robią maślane oczy do jakiejś dziewuchy, Anastazy nie pozostawił mu nawet maleńkiego kęsa tak upragnionego ciastka, a teraz i ojciec. Drewna pod domem na całą zimę, a ten mnie do lasu po drzewo zabiera…

Tego co stało się w lesie Ksawery się nie spodziewał, w zasadzie nie był pewien, czy ktokolwiek byłby w stanie to przewidzieć. Nie zaszli nawet daleko, gdy ojciec zatrzymał się i dwoma silnymi machnięciami ściął eine Fichte i mówiąc, że to będzie ich „choinka”, zarzucił drzewko na plecy i skierował się w stronę domu. „Choinka”, a cóż to znowu za dziwo? Postanowił jednak zmilczeć, gdyż dzisiejszy dzień był i bez tego nader dziwny.

Do domu trafili prosto na obiad. Węgorze smakowały niesamowicie, a było co jeść, bo i połowy w tym roku były nader obfite.

Po zakończonym posiłku ojciec wniósł do domu „choinkę”, sprawiło to niemal tyle samo radości co zamieszania, a jak się rychło okazało, tylko Ksawery i mały Anastazy nie byli w całą sprawę wtajemniczeni. Teraz stali jak oniemiali i przyglądali się jak ich starsze rodzeństwo i rodzice przybierają drzewko przygotowanymi wcześniej ciasteczkami o różnych kształtach. Julek zaś dodał od siebie kilka figurek wystruganych z brukwi, co Ksawery z miejsca uznał za właściwe wykorzystanie tego wątpliwego przysmaku. Na zakończenie ojciec zawiesił jeszcze nad tak ustrojoną choinką kura morskiego, czyli rybę, którą Ksawery znał pod nazwą Seehahn.

Die Zoologie nach ihren neuesten Ansichten dargestellt. Zweyter Band

Była to odrażająca kreatura i gdyby tylko była trochę większa, mógłaby z powodzeniem uchodzić za jednego z potworów morskich. Rybacy jednakże wierzyli, że tak zawieszone zwierzę wskazuje kierunek wiatrów i to mimo zawieszenia w zamkniętym pomieszczeniu.

931571e0-ebed-11e3-8a26-4bf52de5d127

Wreszcie nastał czas wigilijnej wieczerzy. Dopiero teraz Ksawery zdał sobie sprawę, że zapomniał zupełnie o umówionym wcześniej obchodzie z Antosiem i innymi chłopcami z osady. Trudno, smak brukwi już znał, więc nie ma się czym przejmować, niech się bawią w gwiazdory, on pójdzie z nimi w przyszłym roku. Za to w domu ma choinkę, nie każdy mógł się pochwalić takim dziwem. A jak pachnie…

Przez całą wieczerzę, na którą składały się kluski z makiem, bułeczki, kapusta z suszonymi grzybami, pierogi i ryby i to ryby w znacznej ilości i rodzajach, Ksawery wiercił się i bardzo, ale to bardzo chciał, by się już skończyła. Nie miało to wcale nic wspólnego z podarkami, które otrzymywano po kolacji. Ksawery doskonale wiedział, że dostanie nożyk, taki sam jaki posiadał i ojciec i Julek. Ksaweremu bardzo się on podobał i niezmiernie się z niego cieszył. Głowę zaprzątało mu jednak coś innego. Mianowicie, jak to gdzieś usłyszał, w tę specjalną noc po domu chodzą krasnoludki. Każdy z nich ma dwie czapki na głowie – czerwoną i zieloną. Ksawery nigdy nie widział krasnoludka, a już zupełnie nigdy i nikogo, kto miałby na głowie dwie czapki. Jak to w ogóle jest możliwe? A gdyby tak udało mu się ściągnąć z krasnoludka czapeczkę, tę zieloną oczywiście, bo tylko w tym przypadku był on zobowiązany do obdarowania takiej osoby złotem.

Po wieczerzy i podarkach wszyscy udali się na spoczynek. Jedynym, który nie mógł zasnąć był Ksawery. Każdy najmniejszy dźwięk, czy skrzypnięcie kojarzyły mu się z krasnoludkami, niestety robiło się później i później, a krasnali jak nie było tak nie było. Wreszcie umęczony zasnął i mógłby przysiąc, że właśnie zaczynało mu się coś śnić, gdy został delikatnie, acz stanowczo wybudzony. Za chwilę miała wybić północ, czas wspólnych modłów. Odmówiono „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” za każdym razem dodając „Błogosławiona ta godzina, błogosławiona ta noc, w której nam się Pan Jezus narodzić raczył”, po czym ponownie wszyscy udali się na spoczynek. Wszyscy prócz Julka, który niepostrzeżenie, choć jak się okazało, nie dla Ksawerego, wyszedł na podwórze. Malec wiedział, że jego starszy brat wymknął się z domu by na własne oczy przekonać się, czy w tej świętej godzinie, woda w studni faktycznie przemienia się w wino. Ksawery czekał, czas mijał nieubłaganie, oczy ciążyły mu coraz bardziej, ale krasnoludka nie widział. W końcu do domu powrócił nawet Julek, on też nie wydawał się być szczęśliwy, może nie udało mu się uszczknąć niczego ze studni, a może krasnoludki tam właśnie postanowiły się ukazać a Julkowi nie udało się żadnego złapać – pomyślał malec i zasnął…

Na koniec nie pozostaje mi już nic innego jak złożyć wszystkim na te nadchodzące Święta Bożego Narodzenia oraz Nowy Rok zdrowia, szczęścia, wszelkiej pomyślności, bliskości z rodziną i powodzenia we wszystkim, a w szczególności w badaniach genealogicznych. I oddaję głos Ksaweremu, który także ma dla nas życzenia:

 Ksawery Konkol9

Categories: Genealogia | 3 komentarze

Émigration vers la France avec mon grand-père Edmund

Je pensais raconter aujourd’hui l’histoire de mon arrière grand-père Edmund Weymann. Il en sera ainsi, mais pas seulement. Vous souvenez-vous quand je réfléchissais à qui suis-je vraiment? Comment être un « Gdynianin » (un Habitant de Gdynia)? Edmund est né à Recklinghausen en Allemagne le 17/11/1900. Sa fille, ma grand-mère est née à Divion en France. Mais commençons par le début. Pendant longtemps, tout ce que je savais d’Edmund, c’était deux dates : sa date de naissance, que vous connaissez déjà, et sa date de décès le 29/05/1944. Vous pouvez trouver sa tombe au cimetière de Fulda en Allemagne. Il est mort, à en croire les légendes familiales, dans un camp de prisonniers à Rotenburg an der Fulda, je suppose.

C’est peu, n’est-ce pas? Mais c’était mon arrière grand-père, je me devais d’en savoir plus. D’autant plus que j’ai connu sa femme, mon arrière grand-mère Martha. Mais, comme je l’ai déjà dit plusieurs fois, j’étais trop jeune pour m’intéresser à la généalogie …

Cela a pris plusieurs années, mais un jour, je décidai que le moment était venu d’aller aux archives. Maintenant, je me demande pourquoi j’ai attendu si longtemps.

Dans les archives, je trouvai la fiche-adresse d’Edmund et Martha Weymann.

 

1. Weymann famille carte d'adresse.

J’y ai lu que les parents d’Edmund étaient Franz et Marianna Taciak. Edmund serait arrivé de France à Gdynia le 30/10/1934., et que je pourrais trouver le certificat de décès d’Edmund à l’État-Civil (Urząd Stanu Cywilnego) de Gdynia, registre 47/47. Bien que cela fasse plusieurs années, je n’ai toujours pas trouvé ce certificat. La date à laquelle Edmund vint pour la première fois à Gdynia est importante aussi, mais je ne le savais pas encore.

Puis je l’ai commencé une nouvelle recherche. J’ai écrit à l’International Tracing Service (ITS) de Bad Arolsen*, mais ils ne connaissaient rien d’Edmund. Il n’y en avait pas plus sur internet non plus. J’ai réussi à trouver Marianna Taciak, son mari était Franz Weymann, mais je n’étais pas sûre que ce soit ma Marianna. En fait, j’ai pu suivre l’histoire de la famille Taciak tout au long du XVII siècle. Mais je ne pouvais toujours rien trouver sur Franz Weymann. C’était comme une barrière, que je ne pouvais pas rompre.

 

Rodzina_Taciaków2. Marianna Taciak (premier à gauche) avec les parents et les frères et sœurs.

Mais un jour, quand je tentais (comme toujours) de découvrir quelque chose de nouveau, je trouvai un post sur un forum français. Je ne comprenais rien, sauf deux mots: Franz Weymann. J’ai envoyé un message, mais comme mon français est aussi ancien qu’une vieille langue sumérienne, je décidai d’écrire en anglais. C’était le bon truc, parce que j’ai reçu une réponse. Malheureusement, en français. Je plaçai ce texte dans le traducteur google et … Toujours rien. Mais j’étais capable de lire que Franz était la même personne que mon Franciszek, et que je lisais un message de son descendant, René si je me souviens bien.

Ce fut un grand moment. Jusqu’alors j’étais sûr qu’Edmund était enfant unique (je ne sais pas pourquoi, mais j’en étais sûr). Grâce à ce seul message, j’ai été capable de trouver toute une nouvelle branche de mon arbre généalogique. En fait mon grand-père avait 10 frères et sœurs. Toute cette nouvelle famille entière a été très utile dans nos investigations, et je veux les en remercier chaleureusement. Mais maintenant, nous allons commencer à partir du début:

Tout a commencé quelque part entre le XVIII et le XIX siècle, près de Grodzisk Wielkopolski, où Joseph Weymann est né. Mais l’histoire du nom Weymann est beaucoup plus ancienne. Nous pouvons le trouver au début de l’époque médiévale, et il est similaire à l’allemand „Weinman” ou à l’anglais „winemann” qui signifie une personne qui cultive la vigne ou produit ou vend du vin. Par ailleurs, nous pouvons trouver ce nom en Europe occidentale ou en Scandinavie. Mais pourquoi ce nom est-il présent près de Poznan? Je suppose que c’étaient des colons hollandais, mais je n’en suis pas encore sûr. Au début, ils étaient évangélistes. Qui et quand pour la première fois est devenu un catholique ? Reste encore à le découvrir.

 

slub jozefa i weroniki index3. Indice du mariage de Joseph et Veronica.

Par l’acte de mariage, nous savons qu’il s’est marié à l’âge de 26 ans, d’où nous pouvons déduire qu’il est né aux environs de 1797. Où il est né? Je ne sais pas, mais le mariage a eu lieu à Opalenica. Ensuite, nous savons que, en 1823, il était déjà veuf. Puis Veronica Obst fut sa seconde épouse. Le nom Obst est souvent mentionné dans les registres de l’Église Évangélique. Nous pouvons trouver Joseph et Veronica en tant que témoins dans ces livres. Par exemple, dans les actes de baptême de 1825, 1829, 1830 et 1834.

Laurentius Weymann est seul descendant connu de Joseph et Veronica, il est né aux environs de 1831. Lieu de naissance inconnu. Selon l’acte de mariage 1/1862 à Opalenica, sa femme était Caroline Joks (Jaugsch). Ses parents étaient Johann Gottieb Boguslaus et Anna Apollonia Specht. Les noms de son père peuvent laisser penser qu’ils étaient eux aussi évangélistes.

 

slub wawrzyna i karoliny index4. Indice du mariage de Laurentius et Caroline.

Comme premier indice du lieu où mes ascendants auraient vécu, nous pouvons trouver un acte de baptême de 1865, le 2 mai 1865 pour être exact. Le jour où Apollonia, fille de Laurentius et Carolina, est née. C’était dans un petit village appelé Kurowo entre Grodzisk Wielkopolski et Opalenica. Près de 10 ans plus tard (27/08/1874) ils vivent dans le village de Dobra, où Franz est né.

Franz Weymann birth 18745. Certificat de naissance - Francis Weymann, 1874.

La sœur aînée de Franz reste près de son lieu de naissance et vit à Dakowy Mokre. Elle a épousé Thomas Dolata en 1889. Leur fils Michael est né le 05/09/1896 à Dobra. Lui et deux beaux-frères de Franz par le mariage, Jan et Czeslaw Taciak, ont combattu durant le Soulèvement de Grande-Pologne.**

wkp6. Croix de l'insurrection de Grande-Pologne.

Franz émigre à Recklinghausen en Allemagne. Il est mineur. Les émigrants de Grande-Pologne se regroupaient. La plupart d’entre eux venaient de petits villages et étaient pour la plupart catholiques. Le 19/01/1900 Franz se marie avec Marianna Taciak à Recklinghausen.

franz i marianna7. Mariage de Francis et Marianna, 1900.

À la fin de 1900 est né leur fils aîné, Edmund. Puis, jusqu’en 1918, Franciszek, Feliks, Stefan, Helena, Marianna, Ludwika, Antonina, Jozef, Wladyslawa et Ludwik sont nés. Tous à Recklinghausen. Franz pendant toutes ces années est encore mineur.

edmund francois felix stephen helene8. Edmund, Francois, Felix, Stephan et petit Helene à Recklinghausen.

Après la Première Guerre Mondiale Franz et sa famille émigrèrent en France. C’était avant le 24/10/1925 – quand Edmund et Martha Szczerbowska se sont mariés à Divion.

Franz + Marianna + 11 enfants en Westphalie9. Famille Weymann.

Ils ne sont pas seuls en France. Ils avaient leur propre environnement social, clubs, associations. La famille Weymann est au milieu de celui-ci. Franz et son fils aîné Edmund sont mineurs. Je suppose que d’autres fils également, mais je n’en suis pas certain.

Après le travail, ils ont d’autres engagements. Franz, et je suppose ses fils, sont membres de la fraternité de tir Stefan Batory. Cette société est encore active aujourd’hui. J’ai tenté de les contacter, mais sans résultats.

Franz Weymann Divion 193210. TIR Batory - Francois (au milieu) avec la bande.

En 1925, le CS Olympia a été créé. Ce club, comme une trentaine d’autres, est réservé aux joueurs polonais. Ces clubs sont sous l’égide de l’Association Polonaise de Football. Dans ce club Felix Weymann était actif.

félix Weymann arbitre de football11. Felix - arbitre.

Toujours en 1925, le24 octobre pour être exact, à Divion, se sont mariés mes arrières grands-parents Martha Szczerbowska et Edmund Weymann.

slub edmunda i marty12. Mariage de Edmund et Martha - Divion 1925.

Plus tard, tous les frères et sœurs d’Edmund se sont mariés. Vous pouvez trouver des photos d’Edmund et sa femme lors de ces cérémonies.

Mariage de Louise Weymann et Joseph Marciniak13. Mariage de Louise - Edmund et Martha premier à droite dans la rangée supérieure.

En 1934, Edmund et sa famille ont été expulsés de France. Etait-ce parce qu’Edmund était socialiste ou qu’à l’époque plus de 20000 Polonais ont été expulsés vers la Pologne. Et voilà pourquoi en Octobre 1934, nous pouvons trouver Edmund et sa famille à Gdynia. Au début, ils ont vécu dans la rue Kurpiowska, puis à partir de 1 septembre 1936 rue Wrocławska. En 1936 aussi, Edmund Weymann Jr fait sa Première Communion. Cette cérémonie a lieu dans une vieille église du Petit Kack (Maly Kack).

Martha + Edmond Weymann +X + 3 enfants _ (en Pologne _)14. Edmund Jr. avec les sœurs et les parents.

À partir du 12 juillet 1937, ils habitent Place GORNOSLASKI. Auparavant, le 6 avril 1937, est né Ryszard Weymann. Il est le 4e enfant d’Edmund et Martha et premier né sur le sol polonais.

Martha Edmund jr Gertruda and Ryszard15. Martha et les enfants. Richard en porte-bébé..

Malheureusement Ryszard est décédé le 12 février 1938.

Leokadia_Renata_Gertruda Weymann16. La tombe de Richard.

Grâce à une carte postale d’Edmund et Martha je sais qu’ils ont déménagé de la place GORNOSLASKI après la mort de Ryszard, mais je ne sais pas où. Ce doit être à Gdynia parce qu’Edward et Martha Renata y sont nés les 16 mars 1939 et 20 février 1942.

Edmund est mort le 29 mai 1944. On m’a dit qu’il était mort dans au camp de prisonniers IX A/Z de Rotenburg an der Fulda. Sa tombe est au cimetière de Fulda. Peut-être mon frère et moi, irons-nous au printemps pour enquêter.


 

 

Categories: Genealogia | Leave a comment

Przebudzenie mocy

The force is strong in my family…

Kiedy pojawiła się w mojej rodzinie? Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Obecna była od dawna i choć przez pewien czas pozostawała w uśpieniu, znów jest wśród nas.

Każde pokolenie ma swą opowieść. Swoje historie, zmagania, koleje losu. Dzisiaj chciałbym Wam przedstawić moją praprababcię Rozalię, bo to u niej moc zamanifestowała się najmocniej.

1.Rozalia_Wesserling1. Rozalia Wesserling

Dzieje rodziny Wesserling, bo tak z domu nazywała się Rozalia, dość dokładnie przedstawiła pani Jadwiga Kaczor (wnuczka Antoniego Wesserlinga – brata Rozalii) w opracowaniu Wesserlingowie – rybacy rodem z Oksywskich Piasków. Postaram się je tutaj trochę uzupełnić. Pani Jadwiga, z którą miałem okazję rozmawiać, cofnęła się w swojej opowieści do jej prapradziadka Valentina Wesserling, który miał urodzić się po roku 1820 we wsi Gdynia, a jego żoną została Anna Herber. Dodać jedynie należy, że prapradziadek dla pani Jadwigi, to 4xpradziadek dla mnie. Udało mi się odnaleźć wcześniej wspomnianego Valentina, urodził się on 14 lutego 1820 roku w Gdyni (swoją drogą ciekawe, czy imię jest zbiegiem okoliczności). Tak dobrze nie poszło mi już jednak z jego aktem małżeństwa z Anną Herber, wiem natomiast, że Anna umiera 7 września 1867 roku. Valentin jeszcze w tym samym roku (28 października) zawiera w Chwaszczynie nowy związek małżeński, tym razem z Magdaleną Wencl.

Co więcej, udało mi się dotrzeć do rodziców Valentina, Jana i Heleny z domu Kass. Jan urodził się 19 grudnia 1798 niedaleko Wiczlina, w wiosce zwanej Hoch Quarzau, umiera zaś w 1833, a w akcie zgonu podane jest, że był rybakiem. Rodzicami Jana byli Józef i Katarzyna Zakrzewska.

Pani Jadwiga podaje, że z pokolenia na pokolenie przekazywana jest informacja, iż nazwisko Wesserling pochodzi z Holandii, a gdyńskim protoplastą rodu jest pewien rozbitek, który osiadł tu niejako na „nowej ziemi”. Z tego co udało mi się ustalić, nazwisko Wesserling jest obecne na ziemi puckiej przynajmniej od roku 1723, kiedy to natrafiamy na jego najstarszy zapis w księgach parafii Krokowa. Co więcej, Graf Ulrich v. Krokow stwierdził, że jego przodek w latach 1623-1625 sprowadził ekipy holenderskich fachowców do melioracji Karwieńskich Błot. Być może wtedy, na ziemię pucko-wejherowską, przybyli pierwsi Wesserlingowie. To miejsce stanowiło zatem początek skąd Wesserlingowie zaczęli przemieszczać się w stronę Wiczlina, Chwaszczyna i Gdyni.

Chyba jednak trochę się zagalopowaliśmy, wracajmy zatem do naszej dzisiejszej bohaterki. Rozalia urodziła się 21 stycznia 1878 roku w Gdyni, a na świecie prócz rodziców – Józefa i Heleny Mueller, powitał ją także dwa lata starszy brat Anton. Jak się niebawem okaże, moc posiadają oboje, choć u Rozalii, prawdopodobnie z powodu, że jest dziewczynką, jest wyraźnie mocniejsza.

Dziś nie sposób ustalić, po kim ją odziedziczyli. Najczęstszym sposobem jest przekazywanie jej z matki na córkę. Czasami moc utaja się na jedno pokolenie i Szeptunka dziedziczy ją po babce. Tylko której? Od strony ojca, czy może matki? Ha! Nie do odgadnięcia. Zostawmy zatem te rozważania i przejdźmy do konkretów. Tak. Moja praprababka Rozalia była Szeptunką i powiedziałbym, że diabelnie dobrą, trzeba ją było tylko trochę podszkolić (jak ktoś to gdzieś kiedyś napisał). Jak już wspomniałem wcześniej, odpowiednie zdolności wykazywał również Anton, choć jak opowiadała pani Jadwiga (jego wnuczka), były one raczej nikłe, ale były…

1.Antoni_Weserling2. Antoni Wesserling - brat praprababki Rozalii.

Ale kim właściwie jest Szeptunka? Zacznijmy od podstaw. Warunek podstawowy to… bycie kobietą, w przeciwnym razie byłaby Szeptunem. A bardziej szczegółowo? Szeptunka – znachorka, zajmująca się zamawianiem chorób, leczeniem „przełamanych” dzieci, czy odczynianiem uroków. Proces leczenia odbywał się za pomocą odpowiednich rytuałów powiązanych z szeptaniem modlitw, czy też zaklęć – stąd też nazwa. Jednakże równie często jak po odpowiednie rytuały Szeptunki sięgały po zioła, by leczyć także za ich pomocą. Spieszę jednak z wyjaśnieniem, że nie mówimy tu o zwyczajnej wiedźmie, czy też czarownicy, lecz o osobie głęboko religijnej, często bardzo związanej z życiem kościoła. Taki stan rzeczy mógł wyjść tylko na korzyść dla Rozalii, gdyż w przeciwnym razie mogła ona skończyć, jak pewna nieszczęsna kobieta 42 lata przed urodzeniem praprababki.

Oficjalnie przyjmuje się, że ostatnią „straconą” czarownicą była Barbara Zdunk, mieszkanka Reszla, która została spalona na stosie 21 sierpnia 1811 roku. W zasadzie jest to prawda, oczywiście, jeśli za kryterium mordu przyjmiemy stos, w przeciwnym razie…

28443317513. Próba wody - podobnej poddano Krystynę Ceynowa w 1836 r.

Otóż w przeciwnym razie niechlubne miano ostatniej czarownicy przypada Krystynie Ceynowa z Chałup. Mam niestety powody by uważać, że jeden z moich przodków (Andreas Kunkel), był, jeśli nie aktywnym członkiem, to przynajmniej świadkiem tych ponurych wydarzeń, które rozegrały się 4 sierpnia 1836 roku, a zakończyły zatłuczeniem wiosłami nieszczęsnej kobiety. Ale o tym może kiedy indziej.

Jak już wspomniałem wcześniej, dar można mieć, ale nieukształtowany na niewiele się zdaje. Do swej roli Rozalia była przygotowywana zapewne od dziecka i tu mogły pojawić się pierwsze rozbieżności co do możliwości kontrolowania mocy między Antonem i Rozalią. Anton był zwyczajnie przeznaczony do innych celów, od młodości przygotowywał się do zawodu rybaka.

O wczesnych latach Rozalii niewiele jednak wiadomo, a pierwszą i to od razu bardzo poważną zmianę w jej życiu odnotowujemy 22 listopada 1895 roku, kiedy to w USC Kosakowo bierze ona ślub z Karolem Józefem Schulzem. Jak łatwo obliczyć ma ona niecałe 18 lat. Wbrew temu co czasem można przeczytać, ani jej młody wiek, ani małżeństwo, czy macierzyństwo nie przeszkadzają jej w niesieniu pomocy innym.

karl schulz i rosalia wesserling4. Akt małżeństwa Rozalii Wesserling i Karola Schulz 1895 r.

Z tym macierzyństwem jednak mogłem przesadzić, ponieważ zarówno Elżbieta urodzona w 1897, jak i Teodor z 1899 żyją tylko po parę miesięcy.

6 września 1900 roku na świat przychodzi moja prababka Helena i to ona stała się naturalną spadkobierczynią Rozalii jeśli chodzi o jej dar.

helena schulz5. Akt urodzenia Heleny Schulz USC Kosakowo 1900 r.

Niemal dokładnie dwa lata później, bo 28 września 1902 na świat przychodzi Jan, który jest protoplastą ostatnich potomków Karola noszących jeszcze nazwisko Szulc. Od tej części rodziny, prócz wielu cennych informacji, otrzymałem między innymi jedno z nielicznych zdjęć przedstawiających moją praprababkę.

Zdjęcie 066. Rozalia Schulz z domu Wesserling.

To bardzo pracowity okres w życiu Rozalii. Dzieli ona swój czas między wychowywanie dzieci, pomoc przy sprzedawaniu ryb oraz naukę, a może już samodzielne leczenie. Dodatkowo, 16 listopada 1905 roku, na świat przychodzi Karol Józef młodszy. Niestety dość szybko okazuje się, że to dziecko jest kalekie i Rozalia obarczona zostaje jego opieką. W związku z tą sytuacją zyskuje też przydomek „Karlowa Nańka”, jak dowiedziałem się od pani Jadwigi. Pani Jadwiga urodziła się w 1929, a skoro osobiście była świadkiem tej sytuacji, znaczy to tylko tyle, że Karol musiał dożyć przynajmniej 25 lat. Rozalia natomiast zostaje matką chrzestną Jadwigi.

karl josef jr chrzest6. Akt urodzenia Karola Schulz USC Kosakowo 1905 r.

Od wczesnych lat dziecięcych pani Jadwiga kojarzy Rozalię już jako znaną i cenioną uzdrowicielkę. To pozwala nam się rozprawić z kolejnym mitem, który zakłada że by być Szeptunką trzeba skończyć minimum 70 lat…

Z kolejnej części opowieści pani Jadwigi dowiadujemy się, że moja praprababka nie ograniczała się do kilku rytuałów, które możemy i dziś spotkać na Podlasiu, ale cały ich wachlarz miała spisany w swej specjalnej Białej Księdze, z którą się nie rozstawała i życzeniem jej było, by została z nią pochowana. Życzeniu temu nie przychylił się jednak ksiądz, a grymuar Rozalii zaginął… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Trzy lata przed narodzinami pani Jadwigi na krztusiec umiera Karol mąż Rozalii, co jeszcze bardziej komplikuje jej sytuację. W tym czasie jednak, jak już pewnie pamiętacie z poprzednich opowieści, Helena wyszła za mąż za mojego pradziadka Jana i córka z matką pomagają sobie wzajemnie. Mieszkają już wtedy na ul. Żeromskiego, Jan z Heleną pod 5, a Rozalia pod nr 7.

Zdjęcie 017. Gdynia ul. Żeromskiego 5-7 Od prawej Karol i Rozalia Schulz.

Z dwudziestolecia międzywojennego pochodzi jedyne wcześniej mi znane zdjęcie praprababki. Przez długi czas leżało w albumie i nikt nie miał pojęcia co przedstawia. Z premedytacją użyłem słowa „co”, ponieważ nie jest to zdjęcie pojedynczej osoby, a raczej jakiś zjazd kobiet z księdzem na pierwszym planie, a budynkiem sakralnym w tle. Po lekkim wyretuszowaniu i naprawieniu zdjęcia udało się odczytać, że na transparentach widnieją napisy: „Katolickie Stowarzyszenie Kobiet oddział w Gdyni” oraz „Katolickie Stowarzyszenie Kobiet oddział w Fordonie”. Fordon to byłe miasto, a obecnie dzielnica Bydgoszczy.

Rozalia Wesserling Częstochowa8. Rozalia wraz z Katolickim Stowarzyszeniem Kobiet w Częstochowie.

Świetnie, zatem można było przypuszczać, że to ogólnopolski zlot tego stowarzyszenia, tylko gdzie? No i kto z rodziny jest na tym zdjęciu? I tu znów z pomocą przyszła pani Jadwiga. Wskazałem jej kilka twarzy ze zdjęcia, które wydawały mi się „odpowiednie”, a pani Jadwiga zawyrokowała, że nikogo takiego nie rozpoznaje, ale… Przesunęła lekko fotografię i powiedziała: „ale to jest Rozalia, Twoja praprababka, a moja matka chrzestna”.

Zagadkę gdzie, udało mi się rozwiązać dwa lata później. Przeglądając kiedyś z rodzicami zdjęcia rodzinne natrafiliśmy na takie, gdzie wraz z tatą staliśmy na tle klasztoru na Jasnej Górze. I tyle. Zagadka rozwiązana.

Po wojnie Rozalia mieszka razem z Janem i Heleną. Ma też nowy cel. Otóż jej córka nie chce uczyć swojego dziecka (także Heleny) trudnej sztuki zamawiania chorób. Uczy ją zatem babka. Niestety ani jedna, ani druga nie dorównują Rozalii w biegłości posługiwania się swym darem.

Rozalia umiera 27 lutego 1959 roku i zostaje pochowana na cmentarzu witomińskim. Co ciekawe pochowana zostaje w habicie, z welonem na głowie, zupełnie jak siostra zakonna. To tylko dowodzi bliskiego związania praprababki z kościołem. Co więcej, strój ten znajdował się w posiadaniu Rozalii jeszcze przed wojną, a dowiedziałem się o tym przez przypadek. Otóż gdy któregoś pięknego dnia, kolejny już raz zanudzałem mojego tatę pytaniami o historię rodziny, nagle przypomniała mu się scena, gdy Rozalia bierze sznur i mówiąc delikatnie naucza nim mojego dziadka Zygmunta (wtedy paroletnie dziecko). Jak się okazało, ten świętokradca, wszedł do pokoju swej babci i z szafy wyjął sznur, który jak wiedział, był tam przy jednym z jej śmiesznych strojów. I może cała historia zakończyła by się inaczej, gdyby nie fakt, że zaradny Zygmunt wykorzystał ten poświęcony sznur do związania drzwiczek od gołębnika… Tego było babce za wiele. Drugim ze śmiesznych strojów babci Zygmunta była pokutna włosiennica, którą Rozalia nosiła pod ubraniem, od pasa w dół. Jak się ostatnio dowiedziałem, była ona bowiem członkinią III Zakonu Św. Franciszka.

grobowiec rodziny konkel9. W tym wspólnym grobie spoczywają 3 pokolenia Szeptunek.

W 1972 umiera jej córka Helena, a w 1994 wnuczka. Moc zanika. Ale czy faktycznie? Coś z niej, choć na zupełnie innym poziomie, chyba pozostało w naszej rodzinie. W pokoleniu mojego taty była wyraźnie uśpiona, ale teraz…Nie. Nie zrozumcie mnie źle. Nic z tych rzeczy, ja zwyczajnie od dziecka interesuję się ziołami i ziołolecznictwem. Można by nawet rzec, że nie jestem w tym najgorszy. Ale to wszystko. A może nie. Może moc się właśnie przebudziła i w kolejnych pokoleniach znów da o sobie znać w pełnej krasie.

Categories: Genealogia | 9 komentarzy

Emigracja do Francji z pradziadkiem Edmundem

Dzisiejsza opowieść miała traktować o moim pradziadku Edmundzie Weymanie, będzie, ale nie tylko. Pamiętacie, gdy zastanawiałem się kim naprawdę jestem? Jak to jest z tym moim byciem Gdynianinem? Otóż Edmund urodził się w Recklinghausen w Niemczech 17.11.1900 r. Jego córka, a moja babcia, w Divion we Francji. Ale zacznijmy od początku. Przez bardzo długi czas, jedyne co wiedziałem o Edmundzie, to dwie skrajne daty. Urodzenia, którą już znacie i śmierci 29.05.1944 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu w miejscowości Fulda(Niemcy), a umarł, jeśli wierzyć rodzinnym legendom, w obozie jenieckim – prawdopodobnie Rothenburg/Fulda.

Niewiele, prawda? A przecież to mój pradziadek. Dodatkowo, znałem przecież jego żonę, prababcię Martę. Tylko, że jak już nie raz to wspominałem i pewnie jeszcze nie raz wspomnę, byłem zbyt młody, by się takimi rzeczami interesować…

Stan taki trwał przez kilka lat mojej przygody z genealogią, aż któregoś dnia postanowiłem, że nie ma co dalej dreptać w miejscu i razem z bratem ruszyliśmy do archiwum. Z perspektywy czasu nie mogę pojąć, czemu tak długo z tym zwlekałem, ale co się stało, to się…

W archiwum okazało się, że posiadają karty meldunkowe z przedwojennej Gdyni. Jedną z pierwszych rzeczy jaką zrobiliśmy, było odnalezienie karty Edmunda i Marty. Na szczęście zachowała się i pozwoliła na odkrycie kilku kolejnych szczegółów z życia moich przodków.

1. Karta meldunkowa rodziny Weymann.

Po pierwsze, dowiedziałem się, że rodzicami Edmunda byli Franciszek i Marianna Taciak. Po drugie, że pradziadek do Gdyni przybył z Francji 30.10.1934 r. i po trzecie, że akt zgonu Edmunda jest możliwy do odnalezienia w USC w Gdyni pod nr 47/47. Niestety od tego czasu minęło już kilka lat, a aktu zgonu nie odnaleziono… Data przybycia do Gdyni także okaże się nieprzypadkowa, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

Uzbrojony w nowe dane rozpocząłem ponowne żmudne poszukiwania. Napisałem nawet do ITS Bad Arolsen. Niestety bez skutku. Nic nie odnaleźli, a i w internecie nie znalazłem zbyt wiele w tym temacie. Owszem odnalazłem Mariannę Taciak, której mężem był Franciszek Weymann, ba odnalazłem całe opracowanie na temat rodziny Taciak, dzięki któremu cofnąłem się w czasie do końca XVII wieku. Franciszek Weymann stanowił jednak barierę nie do przebycia.

Rodzina_Taciaków2. Marianna Taciak (pierwsza z lewej) z rodzicami i rodzeństwem.

Aż w końcu, któregoś dnia, podczas kolejnej z wielu prób odnalezienia czegokolwiek, natrafiłem na jakimś francuskim forum na wpis, z którego zrozumiałem dwa słowa: Franz Weymann. Stwierdziłem, że warto spróbować. Jako, że po francusku mówię i piszę równie biegle jak w języku starożytnych Sumerów, postanowiłem, że spróbuję skontaktować się po angielsku. Metoda okazała się słuszna, bo odpowiedź otrzymałem. Niestety po francusku. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to wrzucenie treści wiadomości w tłumacza gogle. Nie dało to zbyt wiele, ale wywnioskowałem, że Franz to mój Franciszek i że piszę z kimś, kto jest jego potomkiem.

Było to dla mnie niesamowite przeżycie, do tej pory (choć nie wiem właściwie dlaczego) byłem przekonany, że Edmund nie miał rodzeństwa. Byłem zdesperowany, by wymyślić jakąś lepszą drogę komunikacji, aby móc chłonąć jak najwięcej przekazu. Po wielu próbach wpadłem na pomysł tak genialny w swej prostocie, że aż dziw bierze, że zajęło mi to aż tyle czasu. Wiadomość, którą otrzymałem przetłumaczyłem sobie na angielski, a nie polski. Okazało się, że w tym przypadku wszystko staje się jasne. Od tej pory stosuję ten sposób nie tylko do korespondencji z moją francuska rodziną, ale także do kontaktów w języku niemieckim. Piszę treść po angielsku i „koduję” ją w odpowiednim języku. Nie jest to może piękne, czy poetyckie, ale skuteczne.

Dzięki tej jednej wiadomości na forum odnalazłem całą gałąź rodziny zamieszkującej we Francji, okazało się bowiem, że mój pradziadek miał jeszcze 10-cioro rodzeństwa. Cała rodzina okazała się bardzo pomocna w moich poszukiwaniach, za co chciałbym im gorąco podziękować i przez co tekst ten zmieni się, w opowieść o rodzinie Weymann, od obecnie znanych mi początków. Posłuchajcie zatem:

Cała historia rozpoczyna się gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy to gdzieś w okolicach Grodziska Wielkopolskiego na świat przychodzi Józef Weymann, choć historia nazwiska sięga o wiele dalej, w głąb średniowiecza, do niemieckiego weinman, czy angielskiego winemann. Oznacza ono, ni mniej ni więcej, tylko osobę uprawiającą winorośl, czy też produkującą, bądź sprzedającą wino. Jak wspomniałem, jest ono datowane dość wcześnie, szczególnie w zachodniej Europie, ale także i Skandynawii. Co osoby o tym nazwisku robiły pod Poznaniem? Prawdopodobnie byli to osadnicy holenderscy, ale pewności co do tego jeszcze nie mam. Z początku byli to ewangelicy, a kto i kiedy po raz pierwszy przeszedł na katolicyzm, też pozostaje jeszcze do odkrycia.

slub jozefa i weroniki index3. Index aktu małżeństwa Józefa i Weroniki.

Wnioskując z wieku podanego przy jego ślubie, mówimy tu prawdopodobnie o okolicach roku 1797. Gdzie dokładnie urodził się Józef? Nie wiem, nie mam niestety dostępu do aktu małżeństwa nr 10/1823 z Opalenicy, a Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu jeszcze się do mnie nie odezwało. W indeksie małżeństw ze strony Poznań Projekt Józef widnieje tam już jako wdowiec. Jego druga żona to Weronika Obst, także 26 letnia. Nazwisko Obst często występuje w księgach parafii ewangelickich. Dodatkowo spotykamy zarówno Józefa jak i Weronikę jako światków w ewangelickich aktach chrztu z lat 1825, 1829, 1830 i 1834.

Jedynym znanym mi potomkiem tej pary jest Laurentius (Wawrzyniec) Weymann, urodzony około roku 1831, niestety także nie wiem gdzie. Wawrzyniec żeni się według aktu nr 1/1862 Opalenica z Karoliną Joks (Jaugsch), której rodzice to Johann Gottlieb Boguslaus i Anna Apollonia Specht. Imiona ojca także mogą sugerować wcześniejsze pochodzenie ewangelickie.

slub wawrzyna i karoliny index4. Index aktu małżeństwa Wawrzyna i Karoliny.

Na pierwszy ślad sugerujący miejsce zamieszkania moich przodków natrafiamy w 1865 roku, a konkretnie 2 maja, kiedy to we wsi Kurowo przychodzi na świat mała Apollonia, córka Wawrzyna i Karoliny. Niecałe 10 lat później, bo 27 sierpnia 1874 roku mieszkają już jednak we wsi Dobra, w której na świat przychodzi Franciszek, o którym już tu wcześniej wspominałem.

Franz Weymann birth 18745. Akt urodzenia Franciszka 1874 rok.

Starsza siostra Franciszka pozostaje w okolicy miejsca urodzenia i jak możemy dowiedzieć się z aktu nr 9/1889 z miejscowości Dakowy Mokre, bierze ślub z Tomaszem Dolatą. Ich syn Michał Dolata urodzony 5 września 1896 we wsi Dobra brał udział w dniach od 1 stycznia do końca lutego 1919 roku w walkach pod Zbąszyniem, Stefanowem, Perzynami, Nowa Wsią i Grójcem w Powstaniu Wielkopolskim. W powstaniu tym udział brali także dwaj szwagrowie Franciszka, Jan i Czesław Taciak.

wkp6. Wielkopolski Krzyż Powstańczy.

Sam Franciszek emigruje zaś do Niemiec, konkretnie do Nadrenii Północnej Westfalii, gdzie pracuje jako górnik. Emigranci przybyli na te tereny tworzyli równoległe społeczeństwo do społeczności niemieckiej. Gros migrantów pochodziło z terenów wiejskich, byli głównie katolikami. Tworzyli dziesiątki organizacji o charakterze zawodowym, społecznym, kulturalnym, politycznym i religijnym. Dokładna data emigracji nie jest mi znana, ale wiadomo, że 19 stycznia 1900 roku bierze ślub z Marianną Taciak w Recklinghausen w Niemczech.

franz i marianna7. Akt małżeństwa Franciszka i Marianny z 1900 roku.

Już pod koniec tego roku rodzi się Edmund, najstarszy z rodzeństwa. Potem, aż do 1918 rodzą się kolejno: Franciszek, Feliks, Stefan, Helena, Marianna, Ludwika, Antonina, Józef, Władysława i Ludwik. Wszyscy w Recklinghausen. Franciszek niezmiennie pracuje jako górnik.

edmund francois felix stephen helene8. Edmund, Franciszek, Feliks, Stefan i mała Helena w Recklinghausen.

Po I Wojnie Światowej emigranci wracali do nowo powstałego państwa polskiego, niektórzy jednak emigrowali do północno-francuskich i belgijskich zagłębi węglowych. Franciszek wybrał Francję. Dokładna data przybycia do Francji nie jest znana, ale musiało to być pomiędzy 22 sierpnia 1918 –kiedy to jeszcze w Recklinghausen urodził się Ludwik, a 24 października 1925 – gdy już w Divion ślub biorą Edmund i Marta.

Franz + Marianna + 11 enfants en Westphalie9. Rodzina Weymann w pełnym składzie.

Emigranci przybywający do Francji tworzą bardzo zżyte i zorganizowane społeczności. Zakładają liczne związki i stowarzyszenia o charakterze społecznym, religijnym, kulturalnym, czy też sportowym. Rodzina Weymann bierze czynny udział w tych przedsięwzięciach. Franciszek dalej jest górnikiem, prócz niego, na takim samym etacie zatrudniony jest mój pradziadek Edmund. Po pracy zaś przychodzi czas na inne projekty. Franciszek – a pewnie i jego synowie – działa aktywnie w Stowarzyszeniu Strzelców im. Stefan Batorego. Stowarzyszenie TIR Batory działa do dnia dzisiejszego, nie udało mi się jednakże nawiązać kontaktu z tą instytucją.

Franz Weymann Divion 193210. Stowarzyszenie Strzelców im. Stefana Batorego - Franciszek (w centrum) z opaską.

W 1925 roku powstaje Klub Sportowy Olimpia, który zrzesza, jak ponad 30 innych z tego regionu, tylko polskich zawodników. Pozostaje on także pod egidą PZPN. Od początku działa w nim Feliks Weymann.

félix Weymann arbitre de football11. Feliks - tu jako arbiter.

Także w 1925, a konkretnie 24 października, w Divion ślub biorą moi pradziadkowie Marta Szczerbowska oraz Edmund Weymann.

slub edmunda i marty12. Ślub Edmunda i Marty - Divion 1925.

Później kolejno związki małżeńskie zawierają bracia i siostry Edmunda. Na kilku z nich, jak na przykład na ślubie Marianny Weymann z Raymondem Paul, lub Louisy Weymann z Józefem Marciniakiem moi pradziadkowie są jeszcze obecni.

Mariage de Louise Weymann et Joseph Marciniak13. Ślub Louisy - Edmund z Martą pierwsi z prawej w górnym rzędzie.

W 1934 roku Edmund wraz z rodziną zostają wydaleni z Francji. Nie jestem jeszcze pewien, czy miało to związek z tym, że Edmund udzielał się w stowarzyszeniach socjalistycznych, czy też związane było z faktem, że od tego roku do 1936 ponad 20000 Polaków zostało wydalonych do swojej ojczyzny. Jaka by nie była tego przyczyna, faktem jest, że Edmund z Martą i 3 dzieci meldują się w październiku 1934 roku w Gdyni. Z początku mieszkają na ulicy Kurpiowskiej 17, a od 1 września 1936 na ul. Wrocławskiej 49. Gdzieś w okolicach 1936 roku komunie świętą przyjmuje Edmund Weymann Jr. Uroczystość odbywa się w starym kościele w Małym Kacku.

Martha + Edmond Weymann +X + 3 enfants _ (en Pologne _)14. Edmund Jr. z siostrami i rodzicami na tle starego kościoła w Małym Kacku.

Od 12 lipca 1937 roku zamieszkują na Placu Górnośląskim 21. Wcześniej jednak, bo 6 kwietnia na świat przychodzi Ryszard Weymann. Czwarte dziecko Edmunda, jednocześnie jest to pierwszy znany mi potomek rodziny Weymann urodzony na polskiej ziemi. Z listów jakie Marianna, matka Edmunda, wymienia ze swoją rodziną (Taciak), wynika, że Edmund radzi sobie całkiem nieźle.

Martha Edmund jr Gertruda and Ryszard15. Jedyne znane mi zdjęcie Ryszarda - tu podczas spaceru w Orłowie.

Niestety nie ma to zbyt dużego wpływu na Ryszarda, który umiera 12 lutego 1938 roku, a przyczyną zgonu jest krztusiec. Jestem w posiadaniu zdjęcia mojej babci z siostrami przy jego grobie. Nie jestem w stanie jednak zlokalizować cmentarza, ale grób z pewnością był w Gdyni, gdyż zgon odnotowano w kościele w Małym Kacku.

Leokadia_Renata_Gertruda Weymann16. Leokadia, Renata i moja babcia Gertruda (w czerni) nad grobem Ryszarda.

Na karcie adresowej Edmunda i Marty odnotowano, że wyprowadzili się oni z Placu Górnośląskiego 12 lutego 1938 roku, czyli w dniu śmierci Ryszarda. Gdzie mieszkali od tego czasu? Tego już w karcie nie zapisano, musiała to jednak być Gdynia, gdyż zarówno Edward – urodzony 16 marca 1939, jak i Marta Renata – urodzona 20 lutego 1942 roku, jako miejsce urodzenia podane mają miasto Gdynia.

Kolejny adres zamieszkania, jaki odnajdujemy na karcie meldunkowej, to ul. Wielkopolska 64 lub 66/2. Oba mają tę samą datę – 23 lipca 1945 roku. Niestety, od 29 maja 1944 roku Marta pozostaje wdową. Edmund umiera, jak głosi rodzinna legenda w obozie jenieckim. Jego grób odnaleźć można w miejscowości Fulda(Niemcy), co sugeruje, że pradziadek mógł być osadzony w obozie IX A/Z Rottenburg/Fulda. Nie znalazłem jednak do tej pory żadnego śladu jego obecności w powyższym obozie. Na karcie odnajdujemy także stosowny zapis, że akt zgonu odnaleźć można w USC Gdynia, a jego nr to 47/47. Pod powyższym numerem znajduje się bardzo wiele aktów zgonu, niestety, pomimo kilku prób, nie odnaleziono dotychczas aktu opatrzonego nazwiskiem Edmund Weymann.

W momencie wydalenia Edmunda do Polski, życie we Francji toczy się dalej. Podejrzewam, że wymiana korespondencji trwa do momentu śmierci pradziadka. Z tego okresu pochodzi zdjęcie komunijne Edmunda juniora, które otrzymałem z Francji.

Mniej więcej do końca wojny związki małżeńskie zawało już całe rodzeństwo Edmunda. Helena wzięła sobie za męża Franciszka Schulza, a Stefan i Feliks ożenili się z siostrami Krawczak. Odpowiednio Agnieszką i Pelagią. Ludwik, czy też jak nazywano go we Francji, Louis zawarł związek małżeński z kobietą o imieniu Mannie. Co do Józefa, jestem pewien, że w mojej korespondencji z rodziną we Francji, przewinęło się stwierdzenie, że i on miał żonę, nie jestem jednak w stanie podać jej nazwiska. Antonina wyszła za Michała Krzysztoforskiego. Michał w latach 1925 – 1937 był bokserem i stoczył 255 walk.

boxer Michal Krzysztoforski17. Mąż Antoniny Weymann.

Jeśli chodzi o II Wojnę Światową, to Feliks Weymann został powołany do Steptfonds, gdzie służył w 2 Batalionie w 5 Kompanii.

WEYMANN000518. Feliks w Steptfonds - rząd drugi, środek.

Kolejnym czynnym uczestnikiem wydarzeń wojennych był Ludwik. Z tego okresu zachowały się dwa zdjęcia. Na pierwszym Louis uwidoczniony jest w mundurze (najprawdopodobniej francuskim), lecz z elementami umundurowania polskiego, na orzełku kończąc. W czasie burzliwej dyskusji na forum militarnym nie doszło jednak do ustalenia, gdzie i w jakim charakterze służył Louis. Nie wiadomo także, gdzie przebywał jako jeniec i dlaczego przez całą wojnę nie było od niego wiadomości. Możliwe wojenne losy Ludwika to jednak materiał na zupełnie inną historię.

Louis_Weymann19. Louis w nieustalonym dotychczas mundurze.

Tak w zasadzie przedstawia się moja obecna wiedza na temat rodziny Weymann. Na zakończenie jeszcze przedstawiam zdjęcie zrobione z okazji 50 rocznicy ślubu Franciszka i Marianny. W tym czasie Edmund już nie żył, a jego żona Marta w nowych realiach powojennej Polski nie miała możliwości uczestniczenia w tej uroczystości.

weymann_family20. Zdjęcie z okazji 50-lecia małżeństwa Franciszka i Marianny - rok 1950.

Marianna umiera 17 lutego 1957 roku, a 10 dni później w ślad za nią podąża pogrążony w smutku Franciszek.

Categories: Genealogia | 11 komentarzy