Tajemnicze losy wojenne Johana Młodszego – powrót

Kiedy kilka lat temu pierwszy raz zabierałem się za opisywanie jego historii byłem przekonany, że niewiele więcej mogę w tej sprawie osiągnąć. Jedna zaszczepiona w dzieciństwie myśl, o krewnym służącym w czasie II Wojny Światowej na niemieckim niszczycielu, stała się siłą napędową pchającą mnie ku wielkiej przygodzie, jaką stała się dla mnie genealogia.

Jan Konkel

Przypadek Jana był także od początku jednym z najtrudniejszych. Wiedziałem przecież tylko jak się nazywał i że służył w Kriegsmarine. A jednak w oparciu o tak niewiele, udało mi się, choćby po części, prześledzić losy jego krótkiego życia, które mimo tego, że dożył tylko 21 lat, obfitowało w emocjonujące wydarzenia.

Wisienką na torcie był oczywiście fakt, że w momencie spisywania jego losów, udało mi się rozgryźć, w którym miejscu świata zginął. Wiem już że to Kanał Mljetski pomiedzy wyspą Mljet a półwyspem Peljesac. Z danych przesłanych przez niemieckie archiwum wynikało także, że zginął w wyniku zatopienia jego jednostki przez aliancką kanonierkę, a ciała nigdy nie odnaleziono. Skoro tak napisali mi w archiwum, znaczy, że nic więcej nie mają i sprawa zakończona. To i tak przecież wiele, mogłem zatem być z siebie zadowolony. No i byłem, przynajmniej z początku. Ale w miarę upływu czasu chciałem się dowiedzieć czegoś więcej, tylko nie bardzo wiedziałem właściwie czego. Coś cały czas pchało mnie ku drążeniu tej sprawy, a ja, choć co do zasady, trudno o większego racjonalistę, po kilku poprzednich akcjach ze zmarłymi członkami mojej rodziny, zdaję sobie doskonale sprawę, że jeśli zechcą mi coś zakomunikować, znajdą na to sposób.

Wziąłem się więc za robotę i…. okazało się, że było warto. I to bardzo. Przeszukiwanie internetu, jeśli w zasadzie nie masz pojęcia czego dokładnie szukasz, a rzeczy o które pytasz, jeśli w ogóle są dla kogoś interesujące, to sprawa i tak jest niszowa, może być przygnębiające. Ale za to, jeśli już na coś trafisz, to najczęściej jest to strzał w dziesiątkę, złota rybka, siódmy cud świata – oczywiście dla Ciebie, bo cała reszta ma to przecież… w głębokim poważaniu.

Dla mnie to jednak ważne, postanowiłem zatem Was trochę pomęczyć kolejną opowieścią. A co odkryłem? No cóż… udało mi się dotrzeć do raportu bojowego z dnia w którym zginął Jan. Udało mi się dotrzeć do protokołów przesłuchań żołnierzy po akcji. Udało mi się w końcu odnaleźć miejsce spoczynku I-O-97, czyli łodzi na której w tym feralnym dniu Jan odbywał swoją służbę. Dla mnie bomba. Cofnijmy się zatem w czasie…

Nowe miejsce zatonięcia I-97

Zacznijmy od raportu bojowego z motożaglowca „Vega”. Okazuje się bowiem, iż do eskorty tej właśnie jednostki oddelegowany został I-97 (czy jak możemy odczytać w innych wykazach W-97 lub I-O-97). 17 lipca 1944 o 21:10 „Vega” w towarzystwie I-97 wyrusza z portu w miejscowości Doli (obecnie Chorwacja) w kierunku miasta Korcula na wyspie o tej samej nazwie. Niebawem, bo tuż przed wypłynięciem za wyspę Olipa i wpłynięciem w Kanał Mljetski, do powyższych jednostek dołączają jeszcze 2 typu S-Boote (czyli szybkie łodzie patrolowe). Raportują one jednocześnie, że w głębi kanału widziane były dwie wrogie jednostki. W podobnym czasie, w zasięgu wzroku, pojawiają się kolejne dwie jednostki S-Boot płynące z miejscowości Kotor. Niebawem całe zgrupowanie przyjmuje uzgodnione pozycje.

Mijając wyspę Olipa od strony Alessandri (obecnie Lirica) dopływają do nich trzy I-Booty (I-74, 96 i 102), czyli łodzie do transportu piechoty, zaopatrzone w działka przeciwlotnicze. Dwa z nich otrzymują rozkaz dołączenia do eskorty, natomiast I-102 zostaje oddelegowany do Doli.

O 00:45 raportowane jest kolejne wykrycie wrogich jednostek, tym razem w pobliżu północnego końca wyspy Mljet.

Około 02:00 nad ranem niebo zachmurza się tak silnie, że dowódca zgrupowania, zaokrętowany na MS „Vega”, traci z oczu wszystkie S-Booty lecz ich położenie jest mu wiadome. Mniej więcej w tym samym czasie od strony sterburty podchodzi I-97 i melduje o niezidentyfikowanych dźwiękach silnika.

15 minut później odgłosy narastają, tak że słyszalne są także na MS „Vega”. Chociaż wroga nie widać, wszczęty zostaje alarm, jednakże po kilkunastu minutach odgłosy wrogich silników zanikają. Nie na długo jednak, bo jeszcze przed 3:00 odgłosy powracają i teraz już wyraźnie widać 2 wrogie jednostki, odpowiedniki niemieckich S-Bootów.

„Vega” reaguje jako pierwsza otwarciem ognia, co skutkuje tym, iż obie wrogie łodzie koncentrują na niej swój ostrzał. Ostrzał z „Vegi’ okazuje się być na tyle skuteczny, że pierwsza z wrogich łodzi staje w płomieniach, wykonuje zwrot przez sterburtę i ucieka.

Jednakże i „Vega” otrzymuje obrażenia. Pociski trafiają zarówno w kadłub wzdłuż linii wodnej, jak i w nadbudówkę. Trafione zostaje także jedno z dział, wybucha pożar, są zabici i ranni.

Zwarcie było krótkie lecz intensywne. W momencie, gdy udaje się ugasić pożar, okazuje się, że wróg oddala się w kierunku NW.

„Vega” obiera kurs na Trstenik, by skryć się w tamtejszym porcie. W pewnej chwili niemalże wpada na I-97. Okazuje się, że łódź ma problemy z radiem oraz że oba silniki nie działają. I-74 i I-96 znikają z pola widzenia. Kapitan „Vegi” nakazuje wzięcie na hol I-97, co wcale nie jest łatwe, ponieważ zarówno sprzęgło jak i skrzynia biegów „Vegi” nie działają prawidłowo. Dodatkowo podczas próby wzięcia na hol I-97 dostrzeżone zostają kolejne dwie wrogie jednostki, tym razem na godzinie 8.

Kolejny raz podniesiony zostaje alarm oraz wezwane zostają przez radio wszystkie jednostki. Z racji braku komunikacji radiowej z I-97 kapitan krzyczy do dowódcy I-Boota: „Nie mogę kontynuować manewru holowania. Zróbcie wszystko co w Waszej mocy by uruchomić silnik. Wezwę, najszybciej jak tylko się da, dwa I-Booty by Was asekurowały.”

Jednakże mimo powtórnych wywoływań, jednostki te nie pojawiają się w zasięgu wzroku. Dodatkowo, kolejny raz, ciężki ostrzał pada na „Vegę”.  Wrogie łodzie ponownie jednak dość szybko się oddalają i znikają z pola widzenia.

Po chwili do uszu załogi z „Vegi” dochodzą odgłosy gwałtownej wymiany ognia. To zapewne niemieckie S-Booty w końcu zlokalizowały wroga i udało im się go zaatakować. Tymczasem „Vega” wpłynęła już do zatoki w okolicy miasta Trstenik i obiera kurs bezpośrednio na port. Kolejne wywołania pozostałych I-Bootów nie przynoszą odpowiedzi.

Kapitan mówi dalej: „Raptem od sterburty nadleciał kolejny grad pocisków. Zauważyłem jak trafiają w cel i rozpoczyna się pożar, który w szaleńczym tempie rozprzestrzenia się po obiekcie. Krótko przed Trstenikiem zauważyłem I-74 orz I-96, które jak widać, wcześniej schroniły się w porcie, a teraz ponownie kierowały się w naszą stronę. Wydałem im rozkaz, by udały się prosto w kierunku pożaru, ponieważ byłem przekonany, że nie może być to żaden inny obiekt niż I-97.”

Z dalszej części raportu wynika, że łodzie po dopłynięciu na miejsce odnalazły I-97 kompletnie spalony i tonący. Po załodze nie było śladu. Podjęły jednak akcję ratowniczą i kilkukrotnie opływały miejsce zdarzenia, bez skutku.

Tyle z raportu z „Vegi”. Z racji tego, że raport ten jest najobszerniejszy i najwięcej wnosi do tej historii, pozwoliłem sobie przywołać go w dość znacznych fragmentach. Jestem jednakże w posiadaniu także innej dokumentacji z tego zdarzenia: raportów łodzi I-74 oraz I-96, zeznania sternika z I-97 oraz oświadczenia dowódcy eskorty. Zobaczmy, czy wniosą coś nowego do zarysowanego obrazu bitwy.

Oba raporty z I-Bootów 74 i 96 w zasadzie potwierdzają przebieg wydarzeń podanych wcześniej. Jedynie w raporcie z I-96 podkreślane jest

https://historisches-marinearchiv.de/ablage/grafiken/gurk/ITP/ITRAN_TYP_Siebel_aegaeis_svh.jpg
Tak zapewne wyglądały zarówno I-74, jak i 96

kilkakrotnie, że było tak ciemno, iż w początkowej fazie walki ich strzelcy, by namierzyć wroga, celowali wprost w świecące otwory luf. Co ciekawe, w żadnym z tych raportów nie podano dlaczego i z czyjego rozkazu I-74 oraz I-96 znalazły się w porcie Trstenik. Jest to o tyle ważne, ponieważ 20 lipca 1944 został wydany rozkaz:

W dość wolnym tłumaczeniu brzmiał on następująco:

” Rozkaz do Gruppenführera 3 Grupy 10 LandungsFlottille. Jak najszybciej przedstawić raport z bitwy, z krytycznym uwzględnieniem zachowania dwóch pozostałych I-Bootów.”

Przejdźmy teraz do protokołu z zeznań Matrosenobergefreiter’a Bahr’a, ocalałego członka załogi I-97. Zeznaje on, że był sternikiem na wyżej wymienionej łodzi i że była to co do zasady łódź warsztatowa. Dalej mówi on, że 17 lipca, czyli w dniu wypłynięcia zostało do niej domontowane działo o średnicy 2 cm. Związane miało to być z ważną misją, którą powierzono I-97, dlatego iż żadna inna łódź nie była na tę chwilę dostępna. Misja polegać miała na transporcie żołnierzy na wyspę Mljet. Jednakże, jak zeznaje Bahr, na 5 minut przed wypłynięciem, rozkazy niespodziewanie zostają zmienione, tak, że ostatecznie I-97 ma udać się do Doli skąd będzie eskortować MS „Vega”.

W dalszej części protokołu przeczytać możemy o nawiązaniu walki między MS „Vega”, a alianckimi łodziami. Później zaś dowiadujemy się, iż I-97 otrzymał trafienie, tak iż silnik znajdujący się po sterburcie przestaje działać. Tu też wychodzi na jaw, że I-97 nie był sprawny od samego początku. Bahr mówi bowiem: „Niedawno zgubiliśmy śrubę po stronie bakburty, łódź zatem nie była w stanie manewrować i z powodu wiatru dryfowaliśmy w kierunku środka kanału.”

Następnie dowiadujemy się, że dowódca I-97 nawoływał „Vegę”, by ta ich holowała, co jak już wcześniej czytaliśmy, ta druga starała się uczynić. Późniejsze około 20 linii tekstu jest niestety nieczytelne, z samej końcówki dowiadujemy się tylko, że Matrosenobergefreiter Bahr przez 4 godziny przebywał w morzu i usiłował dopłynąć do półwyspu Peljesac, co jak można się domyślić z samego faktu złożenia przez niego zeznań, w końcu mu się udało.

Bardzo ciekawie zaczyna się robić, gdy przyjrzymy się oświadczeniu wydanemu przez dowódcę grupy. Głos otrzymuje zatem Oberleutnant zur See Gruppenführer Ritter:

„Zgodnie z planem łodzie I-74 oraz I-96 powinny czekać w Doli i od początku brać udział w eskorcie MS Vega. W rzeczywistości nigdy nie dopłynęły do Doli, przebywały w porcie w Trsteniku i wypłynęły z niego dopiero wieczorem. Nie miały także żadnych informacji co do tego, że miały brać udział w eskorcie.”

Mimo powyższego przez radio został nadany komunikat, że obie te łodzie znajdują się już w Doli.

Z dalszej części oświadczenia dowiadujemy się, że tej nocy miało dojść do przetransportowania żołnierzy na wyspę Mljet. Ritter wyznacza do tego zadania łodzie I-12 oraz warsztatową I-97. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to łódź bardzo wolna oraz że nie jest w pełni operacyjna, ale jak sam przyznaje, jest pewien, że transportowi ludzi podoła. Dodatkowo każe zamontować na niej działo 2 cm Breda – czyli włoską armatę automatyczną model 35, w armii niemieckiej określaną mianem Breda właśnie.

Ilustracja
20/65 Modello 35 Breda

Jest to broń uniwersalna, zarówno przeciwlotnicza, jak i przeznaczona do zwalczania słabo opancerzonych celów naziemnych. Daleko jej co prawda do Fliegerabwehrkanone 38, czyli popularnego FlaK 38, ale o nienajgorszych parametrach. Tak przygotowane łodzie zostały zaraportowane jako gotowe do udziału w misji. Tymczasem, zupełnie nieświadomie tego, że I-97 była wolna i nie w pełni operacyjna, pojawił się nowy rozkaz, nakazujący jej udać się w rejon Doli i objąć eskortą MS „Vega”.

Pojawił się on na około 5 minut przed startem poprzedniej misji. Ritter tak opisuje to w swoim oświadczeniu: „Było zbyt mało czasu by starać się coś zmienić, zatem zaniosłem rozkaz i oddelegowałem I-97 do eskorty. Sam musiałem przygotować się do swojej misji, zatem nie miałem czasu by informować I-97 o ich nowej misji w szczegółach. Wspomniałem jedynie dowódcy jednostki, że ma dołączyć do eskorty MS „Vega” oraz że dalsze instrukcje zostaną mu przekazane na miejscu”.

Dalsza część, choć częściowo słabo czytelna, zbieżna jest z tym, co już znamy. A na zakończenie pojawiają się wnioski, w których stwierdza się, iż istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że cała eskorta została zdradzona i wpadła w zasadzkę. Jako dowód podaje się fakt, że Vega była ładowana przez chorwackich pracowników, którzy zdawali sobie sprawę co i dokąd wiezie…

Ja osobiście widzę tu jawne zaniedbania, ale… kto by się spierał, niech będzie i ruch oporu.

Część rufowa I-97 wraz ze sterówką

Zatem to co wydawało się nierealne jeszcze jakiś czas temu, stało się faktem. Poznałem szczegóły ostatniej misji Jana. Nie jest to jednak koniec. Jak mogliście bowiem zapamiętać z początku tej opowieści, mówiłem także, że poznałem miejsce spoczynku I-97. To prawda. Z pomocą kolejny raz przyszło forum-marinearchiv.de. Jeden z tematów tam poruszanych dotyczył I-Bootów zatopionych na Adriatyku. Możecie sobie wyobrazić, jakie było moje zdziwienie, gdy przeglądając posty natknąłem się na I-97. Co więcej, są tam też dostępne zdjęcia wraku, których autorem jest Franz Mittermayer. Widać na nich, że łódź pękła na pół. Część rufowa wraz ze sterówką, znajdują się – jak można przeczytać w opisie – na 14 metrach, dziób zaś, wraz z gniazdem działa, na 26 metrach. Co faktycznie stało się z Janem i z załogą? Raporty ani zeznania jasno tego nie podają. Ocalały sternik niewiele na ten temat mówi, a przynajmniej w części zeznania, która jest czytelna. Inny raport podaje jedną osobę zmarłą, a resztę załogi uznaje za zaginioną. Skoro, jak możemy przeczytać z raportu I-96, ciemności przeszkadzały w celowaniu, to założyć można, że także łodzie aliantów celowały w działa, które odznaczały się w mroku. Najprościej chyba przyjąć, że tą ofiarą najprawdopodobniej był Jan.

Część dziobowa I-97

Gruppenführer Ritter rozważa także możliwość, że załoga I-97 została podjęta przez brytyjskie łodzie i wzięta do niewoli. Z chęcią przyjąłbym to za dobrą monetę, ale jeśli choć część załogi została w ten sposób przejęta, nie wydaje mi się, że miałoby to dotyczyć Jana.

By zakończyć tę historię raz i na zawsze pozostaje mi chyba tylko udać się do Chorwacji w rejon Dubrovnika i odszukać opisane miejsca. Wrak, choć dokładnie opisany, z racji mojej indolencji pływackiej, pozostanie raczej poza moim zasięgiem, a szkoda. Choć z drugiej strony, któż to może wiedzieć do końca…

Categories: Genealogia | Leave a comment

Jak Scyt z Wikingiem…

W poszukiwaniach genealogicznych moich przodków po mieczu, doszedłem do połowy XVII wieku i niestety pewnie dużo dalej już nie dojdę. Jest to spowodowane przede wszystkim brakiem wcześniejszych źródeł lub, jeśli już takowe istnieją, takim sposobem ich zapisu, że niemożliwym staje się odgadnięcie w jaki sposób przyporządkować kolejne osoby do swojej linii. Dlatego właśnie jakiś czas temu zainteresowałem się genealogią genetyczną, by z jej pomocą spróbować odkryć wcześniejsze losy ojcowskiej linii. To jednakże przede mną, ponieważ próbek genetycznych z interesującego mnie regionu nie ma jeszcze zbyt wiele. Nie znaczy to bynajmniej, że badanie DNA nie spełnia swojej roli. To co z jego pomocą udało mi się odkryć jest niesamowite. A wszystko zaczęło się od jednego, wykupionego „na próbę” testu autosomalnego dla mojego taty. Zapraszam Was zatem na wędrówkę w głąb jego DNA byście przekonali się jakie tajemnice można tam odkryć.
Zanim jednak na dobre zanurzymy się w odmętach kodu genetycznego, chciałbym przedstawić kilka faktów, dzięki którym w ogóle dalsza część tego opracowania będzie możliwa. Test wykonany został w FamilyTreeDNA. Family Finder – bo tak się nazywa – to najprostszy test jaki można tam nabyć, a pozwala on (w promocji za nieco ponad 40 dolarów) zbadać chromosomy autosomalne (czyli nie związane z płcią) wybranej osoby. Za cel badania wybrałem mojego tatę, jako najstarszego członka naszego klanu. Po otrzymaniu wyników przeniosłem je do innych portali zajmujących się badaniami genetycznymi (GedMatch, MyHeritage, MyTrueAncestry). Później dodałem jeszcze do tego najprostszy test na yDNA – czyli dziedziczone tylko z ojca na syna i rozszerzałem je o kolejne bloki SNP, by ustalić haplogrupę naszej linii ojcowskiej. Przyświecały mi w tym dwa cele. Próba połączenia istniejących w źródłach wcześniejszych pokoleń o nazwisku Konkel w jedną całość oraz ewentualne potwierdzenie faktu, że w XVI wieku moi przodkowie przybyli z Niemiec na tereny Półwyspu Helskiego niedawno otrzymane przez Gdańsk.
No i co z tego wyszło?

Nasze yDNA to R1a→M458→L1029→YP416, ale można je jeszcze doprecyzować. Już teraz jednak powiedzieć mogę, że taki subklad spotykany jest zarówno w Niemczech jak i w Polsce. Badania mtDNA (mitochondrialnego DNA – dziedziczonego tylko po matce) jeszcze nie wykonałem, a z analizy autosomalnego DNA wynika, że może to być zarówno bardzo częsta u nas H1-H3 jak i U5. Jako, że jak wspomniałem mtDNA dziedziczone jest bezpośrednio tylko po linii żeńskiej, a mężczyznom tylko przekazywane, to mój tata odziedziczył je bezpośrednio oczywiście po swojej mamie, ale najstarszą znaną mi nosicielką tego kodu była Marianna Krajewska zamieszkała na przełomie XVIII i XIX wieku w Gwiździnach (parafii Kurzętnik – obecnie Nowe Miasto Lubawskie), żona Mateusza Wojtasa. Prawdopodobnie będzie to H1-H3, ale jak można zauważyć, z analizy autosomalnej genów skojarzonych z odpowiednimi grupami mtDNA, równie dobrze może to być i U5.
Zajmijmy się jednak autosomalnym DNA, bo na dziś, to z jego analizy udało mi się wyciągnąć najwięcej. Nie od dziś wiadomo, że istnieje wiele próbek archeologicznego DNA pobranego ze szczątków kopalnych. Przy ich pomocy oraz próbek DNA ludzi żyjących obecnie, tworzone są różnego rodzaju kalkulatory. Jedną z takich opcji jest możliwość sprawdzenia jaki procent genów udało nam się zachować względem 3 populacji, które wespół były twórcami puli genetycznej europejskich autochtonów. Byli to odpowiednio: paleolityczni łowcy-zbieracze, neolityczni rolnicy oraz indoeuropejscy metalurgowie epoki brązu. Mając na uwadze tych pierwszych, ważne jest rozróżnienie na śniadych i niebieskookich Zachodnich Łowców-Zbieraczy (Western Hunter-Gatherer WHG) oraz jaśniejszych, o potężnej posturze Starożytnych Północnych Euroazjatów (Ancient North Eurasians ANE). Druga grupa, co do której należy się Wam wyjaśnienie to Wcześni Neolityczni Rolnicy ( Early Neolitic Farmers ENF). Po co o tym piszę? Z tego powodu, że na stronie GedMatch dostępny jest odpowiedni kalkulator, którego wyniki w przypadku mojego taty są następujące:
65,5% WHG
18% ANE
13% ENF

Co ciekawe, 65,5% WHG to sporo więcej niż w genomie przeciętnego Polaka, a bardziej typowe dla populacji Bałtów i Skandynawów. Także 18% ANE wydaje się nie być przypadkowe, z badań wynika bowiem, że najwięcej, bo w granicach 20%, znajdywane jest w populacjach bałtyckich oraz u Finów.
Wróćmy na chwilę do yDNA, jak zapewne pamiętacie, mój tata, a zatem ja i mój syn także, należymy do subkladu YP416 w obrębie haplogrupy R1a. Jest ona za każdym razem dziedziczona z ojca na syna. Dlaczego to takie ważne? Nie o ważność mi tu chodzi, a o zobrazowanie pewnego zjawiska. Otóż tę konkretną informację genetyczną dziedziczymy po 1 osobie (ojcu), tymczasem geny w nas zgromadzone są wypadkową wielu osób. A liczba naszych przodków przyrasta przecież w tempie geometrycznym. W
pokoleniu 10 na przykład posiadamy ich 1024, a w dwudziestym ponad MILION!!!. Wśród nich połowa to oczywiście mężczyźni, a wielu z nich przynależało do różnych innych haplogrup. Kalkulator ukazujący
zależności genów autosomalnych skorelowanych z poszczególnymi grupami yDNA znajdziemy na stronie MyTrueAncestry, a wyniki mojego taty i moje prezentują się w ten sposób:


Jak widać, na pierwszy rzut oka są bardzo podobne. Co ciekawe u obu z nas dominują geny związane z haplogrupą R1b – tata 41,9%, ja 37,3%, natomiast R1a, do której rzeczywiście przynależymy u taty objawia się w 25,8%, a u mnie 28,2%. Czyli te kilka procent dostało mi się od mamy, tak jak i haplogrupy I1 której mam 6,06%, a tata 4,03%.
A jak wygląda to w przypadku adekwatnym ale w odniesieniu do mtDNA. Tu przypominam tata odziedziczył je po swojej mamie, ja po swojej. Geny natomiast mówią że:


Powiem szczerze, że spodziewałem się większej różnorodności w rozkładzie. Są oczywiście różnice. U mnie występuje 15,9% haplogrupy H, podczas gdy u taty 13,3%. Z drugiej strony tata ma 15,5% U5, a ja tylko 12%. Bardziej wyrównany jest udział H1-H3 (17 do 16 dla mnie). Reszta nieomal identyczna. Zastanawiające, zważywszy, że moja najstarsza nosicielka mtDNA (Zuzanna Mroczek), żyjąca także na przełomie XVIII i XIX wieku pochodziła ze Strzyżowic w województwie lubelskim, więc zupełnie innej części kraju niż Marianna Krajewska (warmińsko-mazurskie).
Innym ciekawym kalkulatorem, z którego możemy skorzystać, jest analiza naszego DNA w odniesieniu do próbek kopalnych. Co nam przyniosła? Sami zobaczcie:


Różnica jednego pokolenia a rozkład genów zupełnie inny. Nie ma się jednak co dziwić, wszak połowę z nich otrzymałem po mamie. Widać też jednak pewne prawidłowości. U taty na pierwszym miejscu Wikingowie ze Szwecji 20,8%, u mnie też w miarę wysoko bo na trzecim i 11,8%. Scytowie zasileni przez geny od mojej mamy u mnie na miejscu pierwszym 23,3%, u taty 18,4% i miejsce drugie. Na wykresie tym różni nas wiele, ale to co najbardziej rzuca się w oczy to Wcześni Słowianie. U mnie miejsce drugie i 15,7%, a u taty dopiero 10 i zaledwie 3,99%.
Ta różnica widoczna jest także w odniesieniu do populacji współczesnych. Zwróćcie uwagę o ile bliżej mi do współczesnych populacji polskich czy ukraińskich niż do mojego taty.


Wróćmy jednak do analizy dna mojego taty w oparciu o kultury z dawnych czasów i epok. Kolejny kalkulator ukazuje do jakiej kultury lub grupy kultur jest danemu osobnikowi ( w tym wypadku mojemu tacie) najbliżej. Wyniki poniżej 10 oznaczają, że jest to jego genetyczne dziedzictwo. A jak ono wygląda:


Viking + Scythian (2.606)
Viking + Kievan Rus (4.84)
Scythian + Early Slav (4.953)
Viking + Ostrogoth (6.692)
Scythian + Ostrogoth (7.142)
Scythian (9.364)
Viking (11.34)
Ostrogoth (11.97)
Early Slav (14.68)
Kievan Rus (14.85)


Zwróćcie uwagę szczególnie na pierwszą pozycję. Wynik 2.606 mówi sam za siebie. Dla porównania podam Wam także moje wyniki:


Scythian + Kievan Rus (4.073)
Scythian + Early Slav (4.574)
Ostrogoth + Kievan Rus (5.811)
Viking + Kievan Rus (6.18)
Viking + Early Slav (6.759)
Scythian (7.602)
Early Slav (9.354)
Kievan Rus (10.05)
Ostrogoth (14.25)
Viking (14.93)


Tu także dość jasno widać, że wyniki mocno nam się rozjeżdżają. Przejdźmy jednak do bardziej namacalnych przypadków. Kalkulatory pozwalają bowiem sprawdzić na przykład, która z kopalnych próbek dna z danej ery jest nam najbliższa. Tradycyjnie wyniki poniżej 10 oznaczają bliskie pokrewieństwo genetyczne.

  1. Neolit: Neolithic Axe Estonia (2460 BC) dystans 12.83 – mężczyzna z terenów centralnej Estonii należący do kultury ceramiki sznurowej.
  2. Wczesny brąz: Western Pomerania Unetice (2000 BC) dystans 8.221 – kobieta z miejscowości Chociwel w Polsce należąca do kultury unietyckiej.
  3. Późny brąz: Andronovo Culture Western Steppes (1300 BC) dystans 12.53 – kobieta ze stanowiska w Chanchar należąca do kultury andronowskiej.
  4. Epoka żelaza: Scythian Ukraine (600 BC) dystans 9.364 – mężczyzna z miejscowości Starosillya na Ukrainie (co ciekawe on i dwie inne próbki z tego miejsca wykazują silne podobieństwo do ludów
    Europy Północnej)
  5. Czasy Rzymskie: Greuthungi / Ostrogoth (400 AD) dystans 11.97 – kobieta.
  6. Wczesne średniowiecze: Early Slav-Mix Avar Grave (590 AD) dystans 9.055 – szczątki tego chłopca (AV1), uważanego z początku za Avara, odnalezione zostały niedaleko miejscowości Szolad w obrębie współczesnych Węgier. Dzis już wiemy, że bliżej mu było do współczesnych Rosjan, Ukraińców czy Litwinów, a jego matce, oznaczonej AV2, do Polaków.
  7. Średniowiecze: Swede Medieval Denmark (1250 AD) dystans 11.17 – mężczyzna.
  8. Czasy nowożytne: Sala Silver Mine Sweden (1610 AD) dystans 11.4 – 15-19latek pochowany nieopodal kopalni srebra Sala w Szwecji.

Nie będę przytaczał tu całej swojej listy do ewentualnego porównania. Pod pewnymi względami jest ona zgodna z powyższą, w innych miejscach znacząco się różni. Co na tym etapie nie powinno Was już dziwić. Warto jednakże zwrócić uwagę na jedną rzecz. Otóż w epoce wczesnego średniowiecza ja też za najbliższe trafienie podanego mam osobnika Early Slav-Mix Avar Grave (590 AD) – AV1, z tym że w odróżnieniu od taty, mój dystans do niego to tylko 3,797 – czyli znacznie bliżej. Tu znów dały o sobie znać geny mojej mamy.
Spytacie zapewne na ile takie wyniki mogą być w ogóle dokładne. Odpowiem w ten sposób. Dokładne są, ale z pewnością niedoszacowane, lub mówiąc inaczej, nieco „zakłamane”, a to z powodu niewielkiej ilości próbek z terenu Polski. Zapewne zatem za jakiś czas ulegną one zmianie. Ja już nie mogę się doczekać, co nowego wniosą. Ale zanim to nastąpi, z całą pewnością szybciej ukażą się wyniki badania DNA mojego syna. Ciekawe jak prezentować się będzie porównanie trzech pokoleń naszego rodu…

Categories: Genealogia | Leave a comment

Przyszedł czas na Szczerbowskich

Rodzina Szczerbowskich to temat, od którego uciekałem przez ponad 16 lat. Tak, tak, to już tyle zajmuję się genealogią. Dlaczego uciekałem? A bo i pisać nie było o czym. No, z małymi wyjątkami. Przedstawiłem Wam przecież już jakiś czas temu tragiczne losy Henryka Szczerbowskiego, brata mojej prababki. Szczerbowscy pojawili się także na marginesie opowieści o rodzinie Weymann’ów, ale to w zasadzie tyle.

Przez wszystkie te lata temat jednak nie dawał mi spokoju, lecz czego się nie dotknąłem, utykałem w martwym punkcie. Pewne rzeczy były mi oczywiście wiadome. Mój prapradziadek nazywał się Józef Szczerbowski, a jego żona to Leokadia. Wiedziałem też że przynajmniej pod koniec życia mieszkali w Gdyni na ul. Wielkopolskiej, a pochowani zostali na cmentarzu miejskim w Witominie. Mieli przynajmniej troje dzieci – Martę z 1904, Wandę z 1919 i Henryka 1921.

Niewiele, prawda? Ale było od czego zacząć i przynajmniej z początku nie podejrzewałem, że będzie to szło tak ciężko. Mając daty zgonu najprostszym krokiem wydaje się być sięgnięcie po metryki zgonu w celu odnalezienia rodziców. Niestety, w obu przypadkach rodzice nie byli podani. W rodzinie też nie było kogo spytać, a jedyne co wiedział mój tata, to fakt, że Leokadia zmarła potrącona przez motocykl. Zauważcie, że w zasadzie to nawet nie znałem jej nazwiska panieńskiego, co dodatkowo komplikowało odnalezienie jej przodków.

Jeśli przyjrzycie się jeszcze raz datom urodzenia ich dzieci, zauważycie lukę między 1904 a 1919. Czy to znaczy, że mieli jeszcze jakieś potomstwo o którym nic nie wiem, czy czas miedzy narodzinami Marty i Wandy był jak najbardziej naturalny? Intuicja podpowiadała mi, że kogoś tam jednak brakuje. Nie wiedziałem jedynie kogo i gdzie szukać.

Pierwszy, wydawało mi się, znaczący przełom nastąpił przy okazji mojej wizyty w archiwum gdyńskim, o której pisałem Wam w opowieści o moim pradziadku Edmundzie Weymann. Wtedy to odnalazłem także kartę meldunkową rodziny Szczerbowskich. Na jej podstawie potwierdziłem miejsce zamieszkania znane mi wcześniej ze spisu mieszkańców Gdyni z roku 1937. Dowiedziałem się także, że do Gdyni przybyli 28 lipca 1936, wcześniej mieszkali we Francji. Zatem porównując tę informację z tym co wiem o ich córce Marcie, żonie Edmunda, widać że Szczerbowscy przybyli do Gdyni 2 lata później.

Najważniejszym był jednak fakt, że zarówno przy Józefie, jak i przy Leokadii podani byli rodzice. W pierwszym przypadku był to Andrzej Szczerbowski i Wiktoria Skocka, a sam Józef miał urodzić się w okolicach Lubawy. Rodzicami Leokadii byli Franciszek i Barbara spod Brodnicy. To było pewne. Problem stanowiły natomiast nazwiska. Zapisane były nieczytelnie, tak że Franciszek równie dobrze nazywać mógł się Leukowski, Lemkowski, czy Lenkowski. Barbara natomiast Wojas, Wojtas lub Wojtuś. Także określenie miejscowości jako okolice Lubawy i okolice Brodnicy nie były dość precyzyjne, zatem mimo początkowej euforii, znów utknąłem w miejscu.

Przełom nastąpił w grudniu 2019 roku. Długo na to czekałem, ale za to teraz ta gałąź rodziny przedstawia się imponująco, a i moja wiedza o poszczególnych jej członkach oraz ich losach jest znaczna. Jak do tego doszło?

Jak to zwykle bywa, przez czysty przypadek. Choć zapewne nie do końca, bo gdybym nie robił nic, zapewne wcześniejszy stan mojej wiedzy nie uległby zmianie. Ja natomiast szukałem. Wszędzie gdzie to tylko było możliwe. Nie mając już zbyt wiele możliwości sprawdziłem, czy mój prapradziad brał udział w I Wojnie Światowej. Nie robiłem sobie zbyt wiele nadziei bo urodził się on w 1878, a dodatkowo spis, który znam przedstawia jedynie osoby, które były ranne lub zginęły podczas wojny.

Okazało się, że tym razem szczęście mi dopisało i odnalazłem swojego Józefa. Nie był on co prawda w regularnej piechocie, lecz ze względu na wiek, przydzielony został do Landwehr Infanterie-Regiment. Poznałem także nr tego regimentu, a mianowicie 37. To jednak materiał na inną opowieść.

Rezultatów w wyszukiwarce było dokładnie 7, niewiele, ale moją uwagę przykuł jeszcze jeden. Dotyczył on Ignacego Szczerbowskiego. Dlaczego właśnie on? Z tego powodu iż w rubryce pochodzenie miał on wpisane Wiescherhöfen. To ta sama miejscowość w której w 1921 urodził się Henryk Szczerbowski. Pomyślałem, że to może być dobry trop i zamiast swojego Józefa, zacząłem szukać Ignacego. Tak odnalazłem stronę geneanet.org, a na niej dość obszerne opracowanie dotyczące Szczerbowskich, wśród których znalazłem, ku swojemu zdumieniu, także mojego Józefa.

Strona była co prawda po francusku, ale ja ten temat przerabiałem już przy okazji moich Weymann’ów, więc wiedziałem jak do tego podejść. Skontaktowałem się zatem z właścicielem, którym okazał się być Benedykt Szczerbowski.

Jak się szybko okazało, ciekawe są już same zależności rodzinne między nami oraz między naszymi przodkami. Posłuchajcie…

Mój prapradziadek Józef Szczerbowski miał między innymi brata Adama. Adam, to bezpośredni przodek Benedykta, ale, mimo że Benedykt jest młodszy od mojego taty, to Adam, jest dla niego tylko dziadkiem. Różnica w wieku między braćmi jest niewielka. Józef urodził się jak już wspomniałem w 1878, Adam zaś w 1880. Jak zatem doszło do tego przeskoku pokoleń?

Ano szukać go trzeba poniżej. Podczas gdy ja pochodzę od najstarszej córki Józefa – Marty, która urodziła się w 1904, to Benedykt jest synem Józefa (syna Adama) urodzonego w 1925. Dokładnie w tym roku Marta bierze ślub z Edmundem Weymann’em, ojciec Benedykta żeni się zaś dopiero w 1954.

To jednak nie koniec ciekawostek, bo okazuje się, że zarówno Józef jak i Adam wzięli sobie za żony panny Lenckowskie. Tak, w końcu wiem jak powinno się pisać to nazwisko. Józef około roku 1903 bierze ślub z Leokadią Lenckowską, natomiast Adam w 1905 z Honorią. Między pannami, tak jak wcześniej w wypadku braci, także występują dwa lata różnicy. Leokadia rodzi się w 1885, Honoria zaś w 1887. Mimo tego nie są one siostrami. Podczas gdy Leokadia jest najmłodszą córką, jak pisałem na początku tego tekstu, Franciszka i Barbary, to Honoria rodzi się jako pierwsze dziecko Jana i Antoniny Biegalskiej. Jan to dwadzieścia lat starszy, brat mojej Leokadii.

By sytuację jeszcze mocniej zagmatwać, trzeba by dodać do równania jeszcze jednego z braci Szczerbowskich. Ignacy, od niego przecież zaczęło się całe moje poszukiwanie, także bierze sobie za żonę pannę Lenckowską, tak jak i w przypadku Józefa, ta też ma na imię Leokadia. Urodzona jest jednakże w 1896 i jest siostrą Honorii.

To oczywiście sprawia, że w przypadku Benedykta i mnie wspólnymi przodkami są nie tylko Andrzej Szczerbowski i Wiktoria Skocka, ale także rodzice Jana i Leokadii – Franciszek Lenckowski i Barbara Wojtas.

Jak się okazało Benedykt historią rodziny zainteresowany jest trochę dłużej niż ja, bo przynajmniej od roku 1979. Wtedy też, jako młody człowiek odwiedza Polskę, zbiera sporo pamiątek i udaje mu się porozmawiać z kilkoma osobami, które pamiętają jeszcze naszych przodków.

Po wielu latach, bo na 80-te urodziny swojego ojca, Benedykt wydaje książkę, którą i mi udało się przeczytać. To wspaniała saga Szczerbowskich i Lenckowskich, która prócz ścisłych faktów zawiera w sobie wiele historii przekazanych ustnie. Część z nich to oczywiście legendy, których wiele w każdej rodzinie i wymagają one udowodnienia, bądź zaprzeczenia. Czyli coś, co jak już zapewne wiecie, uwielbiam – genealogiczne śledztwo.

Ale prócz tego znajdują się tam informacje, które od razu stają się użyteczne, jak ta, że Andreas Szczerbowski – ojciec Józefa, pochodził z miejscowości Byszwałd – co daje mi znakomitą wskazówkę do dalszych poszukiwań.

Wypełnieniu uległa także luka między Martą urodzoną w 1904, a Wandą z 1919. Okazało się, że w międzyczasie Józefowi i Leokadii rodzi się jeszcze troje dzieci. Konrad w 1909, Bronisława w 1911 oraz Aleksander w 1917.

Z rzeczy zaś, które zupełnie mnie zaskoczyły, okazało się, że jedna z sióstr mojej Leokadii, Anastazja bierze sobie za męża Franciszka Czaplińskiego. Gdzie ta sensacja powiecie? Sensacja może nie, ale dla mnie, wielkie zaskoczenie, przyjdzie za chwilę. Otóż z tego związku 5 października 1908 roku przychodzi na świat mały Bernard – późniejszy biskup.czaplinski

Wróćmy jednak do Szczerbowskich, bo o nich dziś mowa. Tylko dzięki tej jednej wzmiance, że Andreas pochodził z Byszwałdu, udało mi się cofnąć historię rodziny o kolejne pokolenia.

Dziś już wiemy, że niektóre rozdziały z książki Benedykta są do uzupełnienia bądź opisania od nowa, a stało się to za sprawą wielu nowych faktów, które dzięki jego dziełu odkryłem.

Najstarszym przedstawicielem rodu Szczerbowskich do którego udało mi się dotrzeć jest Adalbert, który wedle metryki zgonu z 1820 roku powinien urodzić się w okolicach roku 1736. Gdzie? Niestety nie mam pojęcia. Pewną wskazówką powinien stać się akt małżeństwa Adalberta z Marianną Blaszkiewicz z 1764 roku, w którym zapisano: „ambo Juvenes de Villa Byszfald…”. Co teoretycznie powinno wskazywać, że oboje pochodzą z Byszwałdu. Przejrzałem księgi narodzin do roku 1710 i nie tylko nie natrafiłem na Adalberta, ale na żadnego Szczerbowskiego. Może to świadczyć o tym że Adalbert był już wcześniej żonaty i zamieszkał w Byszwałdzie, a Marianna była jego drugą żoną. Nie jest to jednakże odzwierciedlone w akcie małżeństwa, gdzie jest on opisywany jedynie jako Honesti.

To co jest pewne, to fakt, że małżeństwo to miało 10-cioro dzieci, z czego najstarsze z nich – Andreas, był moim bezpośrednim przodkiem. Urodził się on 1 listopada 1765, czyli niemal dokładnie rok po ślubie rodziców. Mimo zgromadzonej dość dużej kolekcji aktów metrykalnych, w których występował (akt urodzenia, zgonu, dwa akty ślubów oraz akty narodzin gromadki dzieci) niewiele dowiadujemy się o stanie społecznym i majątkowym Andreasa. W tych najwcześniejszych stan ten jest pomijany, w okolicach roku 1805-1810 określany jest jako gospodarz, a w tych nam bliższych jako colonus.

Pierwsze małżeństwo zawiera w 1793 roku z Marianną Kościńską, z którą ma czternaścioro dzieci. Marianna umiera 13 lutego 1819 roku, trochę ponad tydzień po swym ostatnim porodzie, natomiast Andreas żeni się po raz drugi już 4 maja 1819, także z Marianną, tym razem Karczewską. Z nią ma kolejną czwórkę dzieci, a wśród nich Andreasa. Tego samego, który 10 lutego 1874 weźmie ślub z Wiktorią Skocką, a cztery lata później urodzi im się Józef, mój prapradziadek.

Nim jednak do tego dojdzie urodzony dokładnie w 58 rocznicę ślubu swoich dziadków (niestety już po ich śmierci) Andreas żeni się Ewą Żmijewską. Kiedy i gdzie dochodzi do zawarcia tego związku nie jest mi wiadome, ale musi to być w okolicach 1848-1849, ponieważ 19 lipca 1849 rodzi się pierwsze dziecko z tego związku – Ludwika Marianna Magdalena. Przed swoją śmiercią w 1872 Ewa zdąży jeszcze urodzić siedmioro dzieci trzy dziewczynki i czterech chłopców. Andreas ze swoim drugim ślubem czeka dłużej niż ojciec, bo żeni się dopiero w lutym 1874. Do roku 1891 na świat zawita kolejna siódemka Szczerbowskich, a wśród nich Adam, Ignacy i Józef, którzy wżenili się w ród Lenckowskich. Ale o nich następnym razem…

 

Categories: Genealogia | Leave a comment

O Bychowskich słów kilka

Jan Bychowski

Stało się. O tym, że powinienem opisać tę gałąź moich przodków wspominałem już kilkakrotnie. Odwlekałem jednak tę czynność jak tylko mogłem, by hipotezy i domysły na temat Bychowskich znalazły jakiekolwiek potwierdzenie. Nie jest to jednak łatwe, gdyż Bychowscy, to jeden z nielicznych wyjątków w genealogii mojej mamy, gdzie rodzina przemieszcza się w zatrważającym tempie nie pozostawiając po sobie niemalże śladów. Na szczęście tylko niemalże, ale nadal spekulacji jest więcej niż twardych faktów. Postanowiłem jednak napisać ten tekst z dwóch powodów. Po pierwsze, dzięki zapoznaniu Was z Bychowskimi, łatwiej będzie mi przedstawić kolejne spokrewnione z nimi osoby. Po drugie, będzie to pewnego rodzaju usystematyzowanie wiedzy i zebranie jej w jednym miejscu.

W sielankowej atmosferze Kośmińsko-Strzyżowickich gospodarzy osiadłych w jednym miejscu od dziesiątek lat pojawienie się Jana Bychowskiego, męża mojej praprababki Agnieszki Witosław, było od samego początku niczym tchnienie wiatru. Nie spodziewałem się jednak wtedy, że z biegiem czasu ten lekki powiew zmieni się w huragan, który targał będzie moimi przodkami, to tu to tam, utrudniając mi jednocześnie odkrycie ich losów. Read more »

Categories: Genealogia | 4 komentarze

Implex przodków, czyli wszechobecny Szymon Witosław

Pamiętacie Szymona Witosława? To człowiek który przeżył własną śmierć. Potrzebował do tego wprawdzie prawie półtora miesiąca, ale liczy się efekt. Wszystkie jego niesamowite przypadki, które udało mi się odkryć,  opisałem w jednym z wcześniejszych rozdziałów (tutaj). Jak się jednak niedawno okazało, Szymon, choć całkowicie nieświadomy tego faktu, jest źródłem przynajmniej jeszcze jednej niesamowitej historii.

Zacznijmy jednak w ten sposób… Moje badania genealogiczne bardzo łatwo podzielić na dwa nurty. Ten od strony mamy oraz taty. Wiem, wiem, Ameryki tym nie odkryłem, ale nim ocenicie ten pokrętny wywód, doczytajcie do końca. Chodzi mi bowiem o charakter tych badań. Choć bowiem oba nurty są niezmiernie pasjonujące i dostarczają wiele satysfakcji, to mimo że prowadzę je jednocześnie, mają zupełnie inną postać. Read more »

Categories: Genealogia | 2 komentarze

Pradziadek odnaleziony

Władysław Szlendak

Przy okazji dzisiejszej opowieści nasunęły mi się dwie kwestie. Po pierwsze nie pamiętam już jak długo zajmuję się genealogią, a po drugie, powinienem chyba przy swoich tekstach umieszczać datę, bym mógł potem odnieść się do stanu wiedzy z danego okresu. Druga sprawa wydaje się oczywista, możecie jednak spytać, cóż może wnieść do dzisiejszego tematu określenie czasu w jakim zajmuję się genealogią. Już tłumaczę.

Niezależnie od tego, czy staramy się w jakikolwiek sposób uporządkować swoje drzewo genealogiczne, czy też nie, każdy z nas ma swojego pradziadka. Konkretnie czterech. Nie inaczej ta rzecz wygląda u mnie. Od początku swojej przygody z genealogią, co w zapiskach komputerowych datowane jest na połowę roku 2004, nie miałem problemów by wymienić ich wszystkich z imienia i nazwiska. Gorzej było ze szczegółami z ich życia, ale i one w miarę moich genealogicznych postępów, stawały przede mną otworem. Read more »

Categories: Genealogia | 6 komentarzy

Elżbieta której nie było, cholera i wszystkie żony Walentego

O rodzinie Wesserling można poczytać zarówno w książce „Kaszubi gdyńscy”, gdzie materiału do rozdziału: Wesserlingowie – rybacy rodem z Oksywskich Piasków, dostarczyła pani Jadwiga Kaczor, a także w jednym z moich wcześniejszych opowiadań (tutaj).

Z panią Jadwigą spotkałem się kilkukrotnie, dowiedziałem się od niej bardzo interesujących rzeczy na temat mojej rodziny, rychło też okazało się, że mamy wspólnych przodków. Jej dziadek Antoni był bratem mojej praprababki Rozalii. Odtąd wstecz, nasza historia ciągnie się już jednym torem.

We wspomnianym wyżej artykule, pani Jadwiga zakończyła swą opowieść na jej prapradziadku, a moim 4xpradziadku Walentym Wesserlingu. Ja chciałbym dziś podjąć opowieść w tym miejscu i przybliżyć Wam trochę, zarówno jego, jak i jego najbliższą rodzinę. Read more »

Categories: Genealogia | 2 komentarze

Tajemnicze losy wojenne Johana Młodszego

Jego legenda zauroczyła mnie od momentu gdy usłyszałem o niej po raz pierwszy. Byłem wtedy jeszcze małym chłopakiem, gdy któregoś dnia, nie pamiętam już nawet z jakiego powodu (pewnie podczas jakichś wspomnień w trakcie spotkania rodzinnego) dowiedziałem się o bracie dziadka, który w czasie II Wojny Światowej służył na niszczycielu na Morzu Śródziemnym.

Jestem z pokolenia dla którego II Wojna Światowa była czymś tajemniczym, fascynującym – nie poznaliśmy okrucieństwa wojny na sobie (i oby tak już pozostało) i wydawało nam się, że to świetna zabawa. Od kiedy pamiętam oglądałem filmy o tematyce wojennej, a że obaj dziadkowie zmarli dość wcześnie i w dodatku byli zbyt młodzi by służyć w czasie wojny, w jakimś stopniu doskwierał mi brak opowieści rodzinnych z tego okresu. Dlatego gdy do mojej głowy dotarła „bomba” o krewnym służącym na NISZCZYCIELU, zostałem niemal od razu pochłonięty przez tę historię. Read more »

Categories: Genealogia | 4 komentarze

Pierwsza wyprawa zielarska

Pierwsza większa wyprawa w poszukiwaniu surowca już za mną. A jest o tej porze roku z czego wybierać. Zatrzęsienie wszelkiego rodzaju pąków, czy to liściowych, czy kwiatowych, to na przednówku, istna skarbnica wszelkiego rodzaju witamin i mikroelementów oraz innego rodzaju związki, które pobudzają nasz układ odpornościowy, dodają nam, tak potrzebnej, energii życiowej, wspomagają odmładzanie i oczyszczanie naszego organizmu.

Smakują wyśmienicie nawet prosto z drzewa, ale nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy po zebraniu ich, wysuszyli i przechowywali je na późniejsze chwile, kiedy to już ich dobroczynne działanie nie będzie dostępne bezpośrednio „z drzewa”. Lecz jeśli i Wy macie ochotę skorzystać z ich dobrodziejstw trzeba się spieszyć, z dnia na dzień bowiem pąki nabrzmiewają i zmieniają się nieuchronnie w dojrzałe organy roślinne, czy to kwiaty, czy to liście. Mają oczywiście i one zdrowotne właściwości, lecz ich skład jest już odmienny, od tego, który możemy uzyskać z zamkniętego pąka.

kawaNa wyprawę wybrałem się z bratem w ostatnią sobotę lutego i podzieliliśmy ją na dwie części. Na początku rozwijaliśmy swoje zainteresowania bushcraftem, co wiązało się z założeniem, na zaprzyjaźnionym terenie, obozu. Kawa z ogniska smakuje wybornie.

Drga część wyprawy, mniej stacjonarna’ była już typowo przyrodniczo-zielarska. Wyposażeni w jutowe woreczki, wyruszyliśmy na trasę, która będzie przez nas eksploatowana przez cały rok, by pokazać Wam, jakie zioła, czy też ich składniki, są dostępne w poszczególnych miesiącach.

poleZanim jednak dojdziemy do lasu musimy przemaszerować przez pas pól, które o tej porze roku nie mają jeszcze zbyt wiele do zaoferowania, ich czas przyjdzie później.

wiewiorRuszamy dalej. Już po przejściu kilkudziesięciu metrów okazuje się, że nie będziemy w lesie sami. Ciekawska wiewiórka bacznie obserwuje nasze poczynania, prawdopodobnie chciała się upewnić, że nie podbierzemy nic z jej drogocennych zapasów.

sosnaPierwsze co rzuca nam się w oczy, to oczywiście wszechobecne sosny, to wspaniała roślina zielarska, jakże niestety obecnie niedoceniana. Praktycznie każda część tej rośliny może być z powodzeniem wykorzystywana w zielarstwie (pąki, młode pędy, gałązki z igliwiem, żywica, czy kora). Nas dziś interesują pąki oraz igliwie.

modrzewieW zielonej ścianie igliwia sosen co jakiś czas występują drobne wyrwy. To modrzewie, które swoje igliwie zrzuciły na czas zimowy. Co ciekawe, zarówno pąki sosny, świerka, jak i modrzewia mają podobne właściwości.

bukMimo bogactwa pąków na drzewach liściastych, wyglądają one jednakże dość smutno o tej porze roku. Pewną odmianę stanowią tu młode buki i dęby, które zeszłoroczne liście, choć teraz brązowe, zatrzymały jednak na sobie. W zagłębieniach ogonków liściowych znajdują się nowe pąki, które także nas dziś interesują.

leszczyna-malyPo pewnym czasie dość monotonnej wędrówki trafiamy wreszcie na leszczynę. Tu interesować nas będą przede wszystkim kwiatostany męskie, do których ja przekonałem się już dość dawno, natomiast mój brat, co widać na zdjęciu, ma dość mieszane uczucia. Dla niego są zwyczajnie gorzkie.

srokoszZ lasu wychodzimy nad zarośnięte jeziorko, nad którym latem zawsze oglądam przeróżne gatunki ptactwa. Jak się okazuje i teraz, pod koniec lutego, można tu spotkać ciekawych mieszkańców, wśród nich, jednego z moich ulubionych – Dzierzbę srokosza. Spotkaliśmy go siedzącego na wierzbie, której kwas salicylowy zawarty w korze z młodych gałązek jest naturalną aspiryną.

dzika rozaNad brzegiem udało nam się odnaleźć krzew dzikiej róży, jak możecie zauważyć, widać na niej jeszcze zeszłoroczne owoce. Niestety, choć owoce te mają mnóstwo witaminy C (najwięcej ze wszystkich dostępnych nam owoców), to te konkretne były już przemrożone i dodatkowo nawilżone do tego stopnia, że nie nadawały się już do spożycia.

jalowiecTuż obok natrafiliśmy na krzewy jałowca, na których także odnaleźć można jeszcze owoce.

trzcinapalkaJeziorko jak już wcześniej wspomniałem jest zarośnięte, w przeważającej większości jest to trzcina i pałka. Kłącza tych roślin, szczególnie jeszcze teraz, to świetny zamiennik ziemniaków. Nie ma też żadnego problemu z ich rozróżnieniem, ponieważ wystające łodygi skutecznie wskazują z przedstawicielem jakiego gatunku mamy do czynienia.

olchaNa koniec natrafiamy jeszcze na stanowisko olch. Nie ma najmniejszego problemu z rozpoznaniem ich o tej porze roku. Fioletowawe gąsieniczki kwiatów zwisające z gałązek są wystarczająco charakterystyczne. Olcha między innymi, ma wspaniałe właściwości oczyszczające, ale o tym kiedy indziej. Na tę chwilę napiszę tylko, że zebraliśmy i ten surowiec.

dzieciolTak jak na rozpoczęcie wizyty w lesie byliśmy witani przez wiewiórkę, tak przy jej końcu pożegnał nas dzięcioł duży. Czas na powrót do domu i odpowiednią obróbkę pozyskanych surowców.

Do zobaczenia na zielarskim szlaku…

Categories: Bushcraft, Medycyna ludowa | Leave a comment

Zioła to też styl życia

ziolaZ dzisiejszej perspektywy ciągle i szybko zmieniającego się świata, kiedy to człowiek ma bardzo mało czasu by odpowiednio na zmiany owe reagować i by nie pozostać w tyle, niewielu ludzi zadaje sobie trud by odpowiedzieć na podstawowe pytanie, dlaczego?

Coraz szybciej rozwijająca się technologia informacyjna, czy komunikacyjna sprawia, że zawsze jest coś co pcha nas dalej, każe podejmować wciąż nowe decyzje, już, teraz, natychmiast. Nim zrobią to inni. By tylko utrzymać się w wirze samonapędzającego się kołowrotu zdarzeń. Owocuje to przyspieszającym niemal w tempie geometrycznym trybem życia, notorycznym brakiem czasu dla siebie, rodziny, znajomych. Trwaniem w ciągłym stresie, czemu bardzo często towarzyszy bezsenność, ciągłe wyczerpanie, apatia, czy depresja. Z tego miejsca niedaleko już do poważniejszych chorób z wszelkiej maści nowotworami na czele.

Tak jak już wspomniałem wcześniej nieustanny brak czasu i wieczne zaganianie powodują, że także w sytuacji chorobowej staramy się działać szybko i pobieżnie, nieraz nawet nie znajdując czasu na próbę walki z zaistniałą sytuacją. Szybki środek przeciwbólowy, saszetka mikstury przeciwgorączkowej i do pracy. Z drugiej strony równie często popadamy w drugą skrajność, z niewielkim problemem udajemy się do lekarza i otrzymujemy antybiotyk, z zapewnieniem, że szybko miną wszelkie męczące nas dolegliwości. Sporo z nas nie zdaje sobie jednak sprawy, że działanie takie bardzo osłabia tylko nasz organizm, wyjaławiając go, a nie zapewniając nic w zamian. Częstokroć bowiem męczące nas objawy związane są z wirusami, na jakie antybiotyk nie działa w żaden sposób, chyba że zależało nam na silniejszym ich namnożeniu poprzez to, że osłabiony organizm nie ma siły się tym najeźdźcom przeciwstawić. Tu znów winien jest wszechobecny pośpiech. Wyszukiwanie kolejnych dróg „na skróty”, byle szybciej i w miarę możliwości, jak najmniej uciążliwie.

W pewnych kręgach czy rodzinach doprowadziło to wręcz do swego rodzaju kultu „białej pigułki”. Lekarstwa syntetyczne są używane w nadmiarze, a często w sposób zupełnie nieuzasadniony. Tyczy się to zarówno walki z chorobami, jak i przy szeroko pojętej suplementacji. Łatwość z jaką możemy sięgnąć po coraz to nowsze i lepsze środki (jak przedstawia nam się to w reklamach) sprawia, że faktycznie w wielu przypadkach zapominamy nawet o lekarzu. Stajemy się z jednej strony coraz bardziej samowystarczalni, z drugiej coraz bardziej samotni. Nie mając czasu nawet dla siebie nie mamy co wymagać byśmy taki czas znaleźli dla innych, a co dopiero na marnowanie go, by pielęgnować więzi międzyludzkie. Oczywiście. To wszystko uogólnienia. Prawdą jednakże jest, że dzisiejszy stan rzeczy bardzo zmienił zarówno zachowania międzyludzkie, jak i zachowania ludzi w stosunku do otaczającego ich świata. Oddalamy się zarówno od siebie jak i od przyrody, z którą człowiek był nierozerwalnie związany od tysięcy lat. Być może już czas to zmienić. Zatrzymać się choć na chwilę, spojrzeć z trochę innej strony, na spokojnie, bez zbędnego pospiechu i strachu przed pozostaniem w tyle.

Dziś spacer bardziej niestety kojarzy się nam z wizytą w galerii handlowej niż w pobliskim lesie, czy parku. Ba, jeśli już się tam znajdziemy to obawiam się, że dla przeważającej większości występujące tam rośliny stanowią nie lada zagadkę, a przecież jeszcze kilka pokoleń wstecz rośliny te odgrywały wielką rolę w życiu człowieka. Żywiły go, leczyły, zapewniały materiał na odzież, dostarczały budulca, czy produkowano z nich kosmetyki oraz barwniki. Dziś większość z tych wspaniałych i dobroczynnych roślin doczekała się miana chwastów, lub co najwyżej, zupełnie niezasłużenie, nieco pogardliwego określenia: „ziółka”. Tymczasem zioła, lub rośliny lecznicze, jak powinniśmy je nazywać, to dar z którego powinniśmy korzystać całymi garściami.

W obecnych czasach, gdy wielu z nas wprost uzależnionych jest od przyjmowania różnego rodzaju pigułek (choćby tylko suplementów), mało kto pamięta, że lepsze i bezpieczniejsze rozwiązania mamy właśnie w ziołach. A przecież Aspiryna, czy Polopiryna, to nic innego jak pochodna wyekstrahowanego składnika kory wierzby (salicyny). Z tym, że w odróżnieniu od wcześniej opisanych tabletek, przy spożywaniu wywaru, lub odwaru z kory, ryzyko wystąpienia zjawisk ubocznych jest praktycznie zerowe, a skuteczność jest niesamowita.

Jeśli chodzi o suplementację, to pamiętam jak jakiś czas temu rozgorzała dyskusja na temat tego która z witamin C (ta lewo, czy prawoskrętna) jest lepsza dla ludzkiego organizmu i która z nich jest lepiej przez organizm przyswajalna. Odpowiedź wydaje się prosta. Ta naturalna. Pytanie jednak powinno moim zdaniem brzmieć trochę inaczej, a mianowicie, dlaczego w ogóle sięgać po taki suplement, kiedy mamy pod dostatkiem składników naturalnych? Od razu chciałbym uprzedzić wszystkich tych, którzy nie przepadają za cytrynami, że jedzenie ich w dużej ilości wcale nie jest konieczne, a w związku z tym, że nie są one naszym rodzimym owocem, także nie jest to najlepszym rozwiązaniem, ale o tym później. Co zatem z naszą witaminą C? Otóż większość z roślin, które rosną wokół nas posiada ja w swoim składzie, w jednych znajduje się jej więcej, w innych mniej. Podejrzewam, że nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę, że w owocach dzikiej róży, jest jej od 20-30 razy więcej niż w przytoczonych wcześniej cytrynach, jeśli natomiast zależy nam na naprawdę solidnej dawce tej witaminy nawet po obróbce cieplnej, powinniśmy zainteresować się owocami rokitnika.

To oczywiście tylko przykłady, które mają wskazać, że istnie inne rozwiązanie. Co prawda w skład wielu leków wchodzą wyekstrahowane składniki roślinne, tyle że w znakomitej większości przypadków takie odosobnione substancje wywołują o wiele więcej skutków ubocznych, niż gdybyśmy przyjmowali je w ziołach. Czy zatem zioła są w 100 procentach bezpieczne i możemy je przyjmować bez żadnych konsekwencji? Oczywiście nie. Owszem większość roślin jest dla człowieka bezpiecznych i można je przyjmować przez długi czas, ale są i takie, których spożycie choćby w niewielkiej ilości, może skończyć się dla nas zatruciem, lub czymś znacznie poważniejszym. To samo tyczy się jednak i leków syntetycznych. Dlatego o ile w wielu przypadkach zachęcam do samodzielnego eksperymentowania z ziołami, to w wypadkach, kiedy konieczne jest użycie jakiegoś mocniejszego składnika, wymagana jest już konsultacja z doświadczonym zielarzem, lub lekarzem.

Podobnie ma się rzecz w odniesieniu do współczesnych kosmetyków. Tu też wystarczy wejść do jakiejkolwiek drogerii byśmy zostali zalani falą kosmetyków posiadających w składzie substancje ziołowe, naturalne, przyjazne człowiekowi. Cóż jednak z tego, gdy w większości przypadków na napisach się kończy. Za przykład niech nam posłuży w tym momencie nagietek znany ze swego wspaniałego oddziaływania na skórę. Jestem przekonany, że każdy z nas spotkał się nie raz z kremem z nagietkiem, maścią z nagietkiem, czy olejkiem z nagietkiem. Wszystko super, gdyby nie jedno małe ale… Otóż sformułowanie: „z nagietkiem” pozostawia wielkie pole do popisu. W tym przypadku może tam występować naprawdę niewielki procent interesującego nas składnika, bądź, co gorsze, nie być go tam wcale, a zamiast niego znajdziemy tam jakiś syntetyczny odpowiednik. Jeśli miałbym sam pójść i kupić taki krem, to preferowałbym krem z nagietka, nie z nagietkiem. W ten sposób (po sprawdzeniu oczywiście składu) miałbym większą pewność, że kupuję to, na czym naprawdę mi zależy. Choć jeśli mam być szczery. Wolę go zrobić samemu i mieć pewność, że nie znajdą się w nim żadne niepożądane substancje. Taki podstawowy, samorobny krem z nagietka ma oczywiście tę wadę, że nie posiada tak długiego terminu do użycia jak jego sklepowe odpowiedniki, ale wystarczy zrobić go odpowiednio mniej, by się nie zmarnował.

Tu dotknęliśmy kolejnej ważnej sprawy, a mianowicie używania sztucznych konserwantów, dzięki czemu spotkać w dzisiejszych czasach dobry kosmetyk ziołowy, który nie ma w sobie tych sztuczności, jest jeszcze trudniej. Choć jak się ostatnio przekonałem, nie jest to niemożliwe, ale zjawisko to jest bardzo rzadkie. A przecież bogactwo ziół wokół nas jest porażające, a ich zastosowanie prawie nieograniczone. Pamiętajmy, że las i łąka były dla naszych przodków tym, czym dla nas galeria handlowa. Żywił ich, ubierał, leczył. Owszem, nie mieli oni udogodnień związanych z dzisiejszym rozwojem człowieka, co w oczywisty sposób wpływało na ich długość życia, tyle że obiektywnie rzecz biorąc, byli od nas zdrowsi, w lepszej kondycji, a przede wszystkim, potrafili żyć w harmonii z naturą. Korzystajmy zatem z ziół i czerpmy z ich dobroczynnych właściwości póki jeszcze możemy…

Categories: Bushcraft, Medycyna ludowa | Leave a comment