Przyszedł czas na Szczerbowskich

Rodzina Szczerbowskich to temat, od którego uciekałem przez ponad 16 lat. Tak, tak, to już tyle zajmuję się genealogią. Dlaczego uciekałem? A bo i pisać nie było o czym. No, z małymi wyjątkami. Przedstawiłem Wam przecież już jakiś czas temu tragiczne losy Henryka Szczerbowskiego, brata mojej prababki. Szczerbowscy pojawili się także na marginesie opowieści o rodzinie Weymann’ów, ale to w zasadzie tyle.

Przez wszystkie te lata temat jednak nie dawał mi spokoju, lecz czego się nie dotknąłem, utykałem w martwym punkcie. Pewne rzeczy były mi oczywiście wiadome. Mój prapradziadek nazywał się Józef Szczerbowski, a jego żona to Leokadia. Wiedziałem też że przynajmniej pod koniec życia mieszkali w Gdyni na ul. Wielkopolskiej, a pochowani zostali na cmentarzu miejskim w Witominie. Mieli przynajmniej troje dzieci – Martę z 1904, Wandę z 1919 i Henryka 1921.

Niewiele, prawda? Ale było od czego zacząć i przynajmniej z początku nie podejrzewałem, że będzie to szło tak ciężko. Mając daty zgonu najprostszym krokiem wydaje się być sięgnięcie po metryki zgonu w celu odnalezienia rodziców. Niestety, w obu przypadkach rodzice nie byli podani. W rodzinie też nie było kogo spytać, a jedyne co wiedział mój tata, to fakt, że Leokadia zmarła potrącona przez motocykl. Zauważcie, że w zasadzie to nawet nie znałem jej nazwiska panieńskiego, co dodatkowo komplikowało odnalezienie jej przodków.

Jeśli przyjrzycie się jeszcze raz datom urodzenia ich dzieci, zauważycie lukę między 1904 a 1919. Czy to znaczy, że mieli jeszcze jakieś potomstwo o którym nic nie wiem, czy czas miedzy narodzinami Marty i Wandy był jak najbardziej naturalny? Intuicja podpowiadała mi, że kogoś tam jednak brakuje. Nie wiedziałem jedynie kogo i gdzie szukać.

Pierwszy, wydawało mi się, znaczący przełom nastąpił przy okazji mojej wizyty w archiwum gdyńskim, o której pisałem Wam w opowieści o moim pradziadku Edmundzie Weymann. Wtedy to odnalazłem także kartę meldunkową rodziny Szczerbowskich. Na jej podstawie potwierdziłem miejsce zamieszkania znane mi wcześniej ze spisu mieszkańców Gdyni z roku 1937. Dowiedziałem się także, że do Gdyni przybyli 28 lipca 1936, wcześniej mieszkali we Francji. Zatem porównując tę informację z tym co wiem o ich córce Marcie, żonie Edmunda, widać że Szczerbowscy przybyli do Gdyni 2 lata później.

Najważniejszym był jednak fakt, że zarówno przy Józefie, jak i przy Leokadii podani byli rodzice. W pierwszym przypadku był to Andrzej Szczerbowski i Wiktoria Skocka, a sam Józef miał urodzić się w okolicach Lubawy. Rodzicami Leokadii byli Franciszek i Barbara spod Brodnicy. To było pewne. Problem stanowiły natomiast nazwiska. Zapisane były nieczytelnie, tak że Franciszek równie dobrze nazywać mógł się Leukowski, Lemkowski, czy Lenkowski. Barbara natomiast Wojas, Wojtas lub Wojtuś. Także określenie miejscowości jako okolice Lubawy i okolice Brodnicy nie były dość precyzyjne, zatem mimo początkowej euforii, znów utknąłem w miejscu.

Przełom nastąpił w grudniu 2019 roku. Długo na to czekałem, ale za to teraz ta gałąź rodziny przedstawia się imponująco, a i moja wiedza o poszczególnych jej członkach oraz ich losach jest znaczna. Jak do tego doszło?

Jak to zwykle bywa, przez czysty przypadek. Choć zapewne nie do końca, bo gdybym nie robił nic, zapewne wcześniejszy stan mojej wiedzy nie uległby zmianie. Ja natomiast szukałem. Wszędzie gdzie to tylko było możliwe. Nie mając już zbyt wiele możliwości sprawdziłem, czy mój prapradziad brał udział w I Wojnie Światowej. Nie robiłem sobie zbyt wiele nadziei bo urodził się on w 1878, a dodatkowo spis, który znam przedstawia jedynie osoby, które były ranne lub zginęły podczas wojny.

Okazało się, że tym razem szczęście mi dopisało i odnalazłem swojego Józefa. Nie był on co prawda w regularnej piechocie, lecz ze względu na wiek, przydzielony został do Landwehr Infanterie-Regiment. Poznałem także nr tego regimentu, a mianowicie 37. To jednak materiał na inną opowieść.

Rezultatów w wyszukiwarce było dokładnie 7, niewiele, ale moją uwagę przykuł jeszcze jeden. Dotyczył on Ignacego Szczerbowskiego. Dlaczego właśnie on? Z tego powodu iż w rubryce pochodzenie miał on wpisane Wiescherhöfen. To ta sama miejscowość w której w 1921 urodził się Henryk Szczerbowski. Pomyślałem, że to może być dobry trop i zamiast swojego Józefa, zacząłem szukać Ignacego. Tak odnalazłem stronę geneanet.org, a na niej dość obszerne opracowanie dotyczące Szczerbowskich, wśród których znalazłem, ku swojemu zdumieniu, także mojego Józefa.

Strona była co prawda po francusku, ale ja ten temat przerabiałem już przy okazji moich Weymann’ów, więc wiedziałem jak do tego podejść. Skontaktowałem się zatem z właścicielem, którym okazał się być Benedykt Szczerbowski.

Jak się szybko okazało, ciekawe są już same zależności rodzinne między nami oraz między naszymi przodkami. Posłuchajcie…

Mój prapradziadek Józef Szczerbowski miał między innymi brata Adama. Adam, to bezpośredni przodek Benedykta, ale, mimo że Benedykt jest młodszy od mojego taty, to Adam, jest dla niego tylko dziadkiem. Różnica w wieku między braćmi jest niewielka. Józef urodził się jak już wspomniałem w 1878, Adam zaś w 1880. Jak zatem doszło do tego przeskoku pokoleń?

Ano szukać go trzeba poniżej. Podczas gdy ja pochodzę od najstarszej córki Józefa – Marty, która urodziła się w 1904, to Benedykt jest synem Józefa (syna Adama) urodzonego w 1925. Dokładnie w tym roku Marta bierze ślub z Edmundem Weymann’em, ojciec Benedykta żeni się zaś dopiero w 1954.

To jednak nie koniec ciekawostek, bo okazuje się, że zarówno Józef jak i Adam wzięli sobie za żony panny Lenckowskie. Tak, w końcu wiem jak powinno się pisać to nazwisko. Józef około roku 1903 bierze ślub z Leokadią Lenckowską, natomiast Adam w 1905 z Honorią. Między pannami, tak jak wcześniej w wypadku braci, także występują dwa lata różnicy. Leokadia rodzi się w 1885, Honoria zaś w 1887. Mimo tego nie są one siostrami. Podczas gdy Leokadia jest najmłodszą córką, jak pisałem na początku tego tekstu, Franciszka i Barbary, to Honoria rodzi się jako pierwsze dziecko Jana i Antoniny Biegalskiej. Jan to dwadzieścia lat starszy, brat mojej Leokadii.

By sytuację jeszcze mocniej zagmatwać, trzeba by dodać do równania jeszcze jednego z braci Szczerbowskich. Ignacy, od niego przecież zaczęło się całe moje poszukiwanie, także bierze sobie za żonę pannę Lenckowską, tak jak i w przypadku Józefa, ta też ma na imię Leokadia. Urodzona jest jednakże w 1896 i jest siostrą Honorii.

To oczywiście sprawia, że w przypadku Benedykta i mnie wspólnymi przodkami są nie tylko Andrzej Szczerbowski i Wiktoria Skocka, ale także rodzice Jana i Leokadii – Franciszek Lenckowski i Barbara Wojtas.

Jak się okazało Benedykt historią rodziny zainteresowany jest trochę dłużej niż ja, bo przynajmniej od roku 1979. Wtedy też, jako młody człowiek odwiedza Polskę, zbiera sporo pamiątek i udaje mu się porozmawiać z kilkoma osobami, które pamiętają jeszcze naszych przodków.

Po wielu latach, bo na 80-te urodziny swojego ojca, Benedykt wydaje książkę, którą i mi udało się przeczytać. To wspaniała saga Szczerbowskich i Lenckowskich, która prócz ścisłych faktów zawiera w sobie wiele historii przekazanych ustnie. Część z nich to oczywiście legendy, których wiele w każdej rodzinie i wymagają one udowodnienia, bądź zaprzeczenia. Czyli coś, co jak już zapewne wiecie, uwielbiam – genealogiczne śledztwo.

Ale prócz tego znajdują się tam informacje, które od razu stają się użyteczne, jak ta, że Andreas Szczerbowski – ojciec Józefa, pochodził z miejscowości Byszwałd – co daje mi znakomitą wskazówkę do dalszych poszukiwań.

Wypełnieniu uległa także luka między Martą urodzoną w 1904, a Wandą z 1919. Okazało się, że w międzyczasie Józefowi i Leokadii rodzi się jeszcze troje dzieci. Konrad w 1909, Bronisława w 1911 oraz Aleksander w 1917.

Z rzeczy zaś, które zupełnie mnie zaskoczyły, okazało się, że jedna z sióstr mojej Leokadii, Anastazja bierze sobie za męża Franciszka Czaplińskiego. Gdzie ta sensacja powiecie? Sensacja może nie, ale dla mnie, wielkie zaskoczenie, przyjdzie za chwilę. Otóż z tego związku 5 października 1908 roku przychodzi na świat mały Bernard – późniejszy biskup.czaplinski

Wróćmy jednak do Szczerbowskich, bo o nich dziś mowa. Tylko dzięki tej jednej wzmiance, że Andreas pochodził z Byszwałdu, udało mi się cofnąć historię rodziny o kolejne pokolenia.

Dziś już wiemy, że niektóre rozdziały z książki Benedykta są do uzupełnienia bądź opisania od nowa, a stało się to za sprawą wielu nowych faktów, które dzięki jego dziełu odkryłem.

Najstarszym przedstawicielem rodu Szczerbowskich do którego udało mi się dotrzeć jest Adalbert, który wedle metryki zgonu z 1820 roku powinien urodzić się w okolicach roku 1736. Gdzie? Niestety nie mam pojęcia. Pewną wskazówką powinien stać się akt małżeństwa Adalberta z Marianną Blaszkiewicz z 1764 roku, w którym zapisano: „ambo Juvenes de Villa Byszfald…”. Co teoretycznie powinno wskazywać, że oboje pochodzą z Byszwałdu. Przejrzałem księgi narodzin do roku 1710 i nie tylko nie natrafiłem na Adalberta, ale na żadnego Szczerbowskiego. Może to świadczyć o tym że Adalbert był już wcześniej żonaty i zamieszkał w Byszwałdzie, a Marianna była jego drugą żoną. Nie jest to jednakże odzwierciedlone w akcie małżeństwa, gdzie jest on opisywany jedynie jako Honesti.

To co jest pewne, to fakt, że małżeństwo to miało 10-cioro dzieci, z czego najstarsze z nich – Andreas, był moim bezpośrednim przodkiem. Urodził się on 1 listopada 1765, czyli niemal dokładnie rok po ślubie rodziców. Mimo zgromadzonej dość dużej kolekcji aktów metrykalnych, w których występował (akt urodzenia, zgonu, dwa akty ślubów oraz akty narodzin gromadki dzieci) niewiele dowiadujemy się o stanie społecznym i majątkowym Andreasa. W tych najwcześniejszych stan ten jest pomijany, w okolicach roku 1805-1810 określany jest jako gospodarz, a w tych nam bliższych jako colonus.

Pierwsze małżeństwo zawiera w 1793 roku z Marianną Kościńską, z którą ma czternaścioro dzieci. Marianna umiera 13 lutego 1819 roku, trochę ponad tydzień po swym ostatnim porodzie, natomiast Andreas żeni się po raz drugi już 4 maja 1819, także z Marianną, tym razem Karczewską. Z nią ma kolejną czwórkę dzieci, a wśród nich Andreasa. Tego samego, który 10 lutego 1874 weźmie ślub z Wiktorią Skocką, a cztery lata później urodzi im się Józef, mój prapradziadek.

Nim jednak do tego dojdzie urodzony dokładnie w 58 rocznicę ślubu swoich dziadków (niestety już po ich śmierci) Andreas żeni się Ewą Żmijewską. Kiedy i gdzie dochodzi do zawarcia tego związku nie jest mi wiadome, ale musi to być w okolicach 1848-1849, ponieważ 19 lipca 1849 rodzi się pierwsze dziecko z tego związku – Ludwika Marianna Magdalena. Przed swoją śmiercią w 1872 Ewa zdąży jeszcze urodzić siedmioro dzieci trzy dziewczynki i czterech chłopców. Andreas ze swoim drugim ślubem czeka dłużej niż ojciec, bo żeni się dopiero w lutym 1874. Do roku 1891 na świat zawita kolejna siódemka Szczerbowskich, a wśród nich Adam, Ignacy i Józef, którzy wżenili się w ród Lenckowskich. Ale o nich następnym razem…

 

Categories: Genealogia | Leave a comment

O Bychowskich słów kilka

Jan Bychowski

Stało się. O tym, że powinienem opisać tę gałąź moich przodków wspominałem już kilkakrotnie. Odwlekałem jednak tę czynność jak tylko mogłem, by hipotezy i domysły na temat Bychowskich znalazły jakiekolwiek potwierdzenie. Nie jest to jednak łatwe, gdyż Bychowscy, to jeden z nielicznych wyjątków w genealogii mojej mamy, gdzie rodzina przemieszcza się w zatrważającym tempie nie pozostawiając po sobie niemalże śladów. Na szczęście tylko niemalże, ale nadal spekulacji jest więcej niż twardych faktów. Postanowiłem jednak napisać ten tekst z dwóch powodów. Po pierwsze, dzięki zapoznaniu Was z Bychowskimi, łatwiej będzie mi przedstawić kolejne spokrewnione z nimi osoby. Po drugie, będzie to pewnego rodzaju usystematyzowanie wiedzy i zebranie jej w jednym miejscu.

W sielankowej atmosferze Kośmińsko-Strzyżowickich gospodarzy osiadłych w jednym miejscu od dziesiątek lat pojawienie się Jana Bychowskiego, męża mojej praprababki Agnieszki Witosław, było od samego początku niczym tchnienie wiatru. Nie spodziewałem się jednak wtedy, że z biegiem czasu ten lekki powiew zmieni się w huragan, który targał będzie moimi przodkami, to tu to tam, utrudniając mi jednocześnie odkrycie ich losów. Read more »

Categories: Genealogia | 4 komentarze

Implex przodków, czyli wszechobecny Szymon Witosław

Pamiętacie Szymona Witosława? To człowiek który przeżył własną śmierć. Potrzebował do tego wprawdzie prawie półtora miesiąca, ale liczy się efekt. Wszystkie jego niesamowite przypadki, które udało mi się odkryć,  opisałem w jednym z wcześniejszych rozdziałów (tutaj). Jak się jednak niedawno okazało, Szymon, choć całkowicie nieświadomy tego faktu, jest źródłem przynajmniej jeszcze jednej niesamowitej historii.

Zacznijmy jednak w ten sposób… Moje badania genealogiczne bardzo łatwo podzielić na dwa nurty. Ten od strony mamy oraz taty. Wiem, wiem, Ameryki tym nie odkryłem, ale nim ocenicie ten pokrętny wywód, doczytajcie do końca. Chodzi mi bowiem o charakter tych badań. Choć bowiem oba nurty są niezmiernie pasjonujące i dostarczają wiele satysfakcji, to mimo że prowadzę je jednocześnie, mają zupełnie inną postać. Read more »

Categories: Genealogia | 2 komentarze

Pradziadek odnaleziony

Władysław Szlendak

Przy okazji dzisiejszej opowieści nasunęły mi się dwie kwestie. Po pierwsze nie pamiętam już jak długo zajmuję się genealogią, a po drugie, powinienem chyba przy swoich tekstach umieszczać datę, bym mógł potem odnieść się do stanu wiedzy z danego okresu. Druga sprawa wydaje się oczywista, możecie jednak spytać, cóż może wnieść do dzisiejszego tematu określenie czasu w jakim zajmuję się genealogią. Już tłumaczę.

Niezależnie od tego, czy staramy się w jakikolwiek sposób uporządkować swoje drzewo genealogiczne, czy też nie, każdy z nas ma swojego pradziadka. Konkretnie czterech. Nie inaczej ta rzecz wygląda u mnie. Od początku swojej przygody z genealogią, co w zapiskach komputerowych datowane jest na połowę roku 2004, nie miałem problemów by wymienić ich wszystkich z imienia i nazwiska. Gorzej było ze szczegółami z ich życia, ale i one w miarę moich genealogicznych postępów, stawały przede mną otworem. Read more »

Categories: Genealogia | 6 komentarzy

Elżbieta której nie było, cholera i wszystkie żony Walentego

O rodzinie Wesserling można poczytać zarówno w książce „Kaszubi gdyńscy”, gdzie materiału do rozdziału: Wesserlingowie – rybacy rodem z Oksywskich Piasków, dostarczyła pani Jadwiga Kaczor, a także w jednym z moich wcześniejszych opowiadań (tutaj).

Z panią Jadwigą spotkałem się kilkukrotnie, dowiedziałem się od niej bardzo interesujących rzeczy na temat mojej rodziny, rychło też okazało się, że mamy wspólnych przodków. Jej dziadek Antoni był bratem mojej praprababki Rozalii. Odtąd wstecz, nasza historia ciągnie się już jednym torem.

We wspomnianym wyżej artykule, pani Jadwiga zakończyła swą opowieść na jej prapradziadku, a moim 4xpradziadku Walentym Wesserlingu. Ja chciałbym dziś podjąć opowieść w tym miejscu i przybliżyć Wam trochę, zarówno jego, jak i jego najbliższą rodzinę. Read more »

Categories: Genealogia | 2 komentarze

Tajemnicze losy wojenne Johana Młodszego

Jego legenda zauroczyła mnie od momentu gdy usłyszałem o niej po raz pierwszy. Byłem wtedy jeszcze małym chłopakiem, gdy któregoś dnia, nie pamiętam już nawet z jakiego powodu (pewnie podczas jakichś wspomnień w trakcie spotkania rodzinnego) dowiedziałem się o bracie dziadka, który w czasie II Wojny Światowej służył na niszczycielu na Morzu Śródziemnym.

Jestem z pokolenia dla którego II Wojna Światowa była czymś tajemniczym, fascynującym – nie poznaliśmy okrucieństwa wojny na sobie (i oby tak już pozostało) i wydawało nam się, że to świetna zabawa. Od kiedy pamiętam oglądałem filmy o tematyce wojennej, a że obaj dziadkowie zmarli dość wcześnie i w dodatku byli zbyt młodzi by służyć w czasie wojny, w jakimś stopniu doskwierał mi brak opowieści rodzinnych z tego okresu. Dlatego gdy do mojej głowy dotarła „bomba” o krewnym służącym na NISZCZYCIELU, zostałem niemal od razu pochłonięty przez tę historię. Read more »

Categories: Genealogia | 4 komentarze

Pierwsza wyprawa zielarska

Pierwsza większa wyprawa w poszukiwaniu surowca już za mną. A jest o tej porze roku z czego wybierać. Zatrzęsienie wszelkiego rodzaju pąków, czy to liściowych, czy kwiatowych, to na przednówku, istna skarbnica wszelkiego rodzaju witamin i mikroelementów oraz innego rodzaju związki, które pobudzają nasz układ odpornościowy, dodają nam, tak potrzebnej, energii życiowej, wspomagają odmładzanie i oczyszczanie naszego organizmu.

Smakują wyśmienicie nawet prosto z drzewa, ale nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy po zebraniu ich, wysuszyli i przechowywali je na późniejsze chwile, kiedy to już ich dobroczynne działanie nie będzie dostępne bezpośrednio „z drzewa”. Lecz jeśli i Wy macie ochotę skorzystać z ich dobrodziejstw trzeba się spieszyć, z dnia na dzień bowiem pąki nabrzmiewają i zmieniają się nieuchronnie w dojrzałe organy roślinne, czy to kwiaty, czy to liście. Mają oczywiście i one zdrowotne właściwości, lecz ich skład jest już odmienny, od tego, który możemy uzyskać z zamkniętego pąka.

kawaNa wyprawę wybrałem się z bratem w ostatnią sobotę lutego i podzieliliśmy ją na dwie części. Na początku rozwijaliśmy swoje zainteresowania bushcraftem, co wiązało się z założeniem, na zaprzyjaźnionym terenie, obozu. Kawa z ogniska smakuje wybornie.

Drga część wyprawy, mniej stacjonarna’ była już typowo przyrodniczo-zielarska. Wyposażeni w jutowe woreczki, wyruszyliśmy na trasę, która będzie przez nas eksploatowana przez cały rok, by pokazać Wam, jakie zioła, czy też ich składniki, są dostępne w poszczególnych miesiącach.

poleZanim jednak dojdziemy do lasu musimy przemaszerować przez pas pól, które o tej porze roku nie mają jeszcze zbyt wiele do zaoferowania, ich czas przyjdzie później.

wiewiorRuszamy dalej. Już po przejściu kilkudziesięciu metrów okazuje się, że nie będziemy w lesie sami. Ciekawska wiewiórka bacznie obserwuje nasze poczynania, prawdopodobnie chciała się upewnić, że nie podbierzemy nic z jej drogocennych zapasów.

sosnaPierwsze co rzuca nam się w oczy, to oczywiście wszechobecne sosny, to wspaniała roślina zielarska, jakże niestety obecnie niedoceniana. Praktycznie każda część tej rośliny może być z powodzeniem wykorzystywana w zielarstwie (pąki, młode pędy, gałązki z igliwiem, żywica, czy kora). Nas dziś interesują pąki oraz igliwie.

modrzewieW zielonej ścianie igliwia sosen co jakiś czas występują drobne wyrwy. To modrzewie, które swoje igliwie zrzuciły na czas zimowy. Co ciekawe, zarówno pąki sosny, świerka, jak i modrzewia mają podobne właściwości.

bukMimo bogactwa pąków na drzewach liściastych, wyglądają one jednakże dość smutno o tej porze roku. Pewną odmianę stanowią tu młode buki i dęby, które zeszłoroczne liście, choć teraz brązowe, zatrzymały jednak na sobie. W zagłębieniach ogonków liściowych znajdują się nowe pąki, które także nas dziś interesują.

leszczyna-malyPo pewnym czasie dość monotonnej wędrówki trafiamy wreszcie na leszczynę. Tu interesować nas będą przede wszystkim kwiatostany męskie, do których ja przekonałem się już dość dawno, natomiast mój brat, co widać na zdjęciu, ma dość mieszane uczucia. Dla niego są zwyczajnie gorzkie.

srokoszZ lasu wychodzimy nad zarośnięte jeziorko, nad którym latem zawsze oglądam przeróżne gatunki ptactwa. Jak się okazuje i teraz, pod koniec lutego, można tu spotkać ciekawych mieszkańców, wśród nich, jednego z moich ulubionych – Dzierzbę srokosza. Spotkaliśmy go siedzącego na wierzbie, której kwas salicylowy zawarty w korze z młodych gałązek jest naturalną aspiryną.

dzika rozaNad brzegiem udało nam się odnaleźć krzew dzikiej róży, jak możecie zauważyć, widać na niej jeszcze zeszłoroczne owoce. Niestety, choć owoce te mają mnóstwo witaminy C (najwięcej ze wszystkich dostępnych nam owoców), to te konkretne były już przemrożone i dodatkowo nawilżone do tego stopnia, że nie nadawały się już do spożycia.

jalowiecTuż obok natrafiliśmy na krzewy jałowca, na których także odnaleźć można jeszcze owoce.

trzcinapalkaJeziorko jak już wcześniej wspomniałem jest zarośnięte, w przeważającej większości jest to trzcina i pałka. Kłącza tych roślin, szczególnie jeszcze teraz, to świetny zamiennik ziemniaków. Nie ma też żadnego problemu z ich rozróżnieniem, ponieważ wystające łodygi skutecznie wskazują z przedstawicielem jakiego gatunku mamy do czynienia.

olchaNa koniec natrafiamy jeszcze na stanowisko olch. Nie ma najmniejszego problemu z rozpoznaniem ich o tej porze roku. Fioletowawe gąsieniczki kwiatów zwisające z gałązek są wystarczająco charakterystyczne. Olcha między innymi, ma wspaniałe właściwości oczyszczające, ale o tym kiedy indziej. Na tę chwilę napiszę tylko, że zebraliśmy i ten surowiec.

dzieciolTak jak na rozpoczęcie wizyty w lesie byliśmy witani przez wiewiórkę, tak przy jej końcu pożegnał nas dzięcioł duży. Czas na powrót do domu i odpowiednią obróbkę pozyskanych surowców.

Do zobaczenia na zielarskim szlaku…

Categories: Bushcraft, Medycyna ludowa | Leave a comment

Zioła to też styl życia

ziolaZ dzisiejszej perspektywy ciągle i szybko zmieniającego się świata, kiedy to człowiek ma bardzo mało czasu by odpowiednio na zmiany owe reagować i by nie pozostać w tyle, niewielu ludzi zadaje sobie trud by odpowiedzieć na podstawowe pytanie, dlaczego?

Coraz szybciej rozwijająca się technologia informacyjna, czy komunikacyjna sprawia, że zawsze jest coś co pcha nas dalej, każe podejmować wciąż nowe decyzje, już, teraz, natychmiast. Nim zrobią to inni. By tylko utrzymać się w wirze samonapędzającego się kołowrotu zdarzeń. Owocuje to przyspieszającym niemal w tempie geometrycznym trybem życia, notorycznym brakiem czasu dla siebie, rodziny, znajomych. Trwaniem w ciągłym stresie, czemu bardzo często towarzyszy bezsenność, ciągłe wyczerpanie, apatia, czy depresja. Z tego miejsca niedaleko już do poważniejszych chorób z wszelkiej maści nowotworami na czele.

Tak jak już wspomniałem wcześniej nieustanny brak czasu i wieczne zaganianie powodują, że także w sytuacji chorobowej staramy się działać szybko i pobieżnie, nieraz nawet nie znajdując czasu na próbę walki z zaistniałą sytuacją. Szybki środek przeciwbólowy, saszetka mikstury przeciwgorączkowej i do pracy. Z drugiej strony równie często popadamy w drugą skrajność, z niewielkim problemem udajemy się do lekarza i otrzymujemy antybiotyk, z zapewnieniem, że szybko miną wszelkie męczące nas dolegliwości. Sporo z nas nie zdaje sobie jednak sprawy, że działanie takie bardzo osłabia tylko nasz organizm, wyjaławiając go, a nie zapewniając nic w zamian. Częstokroć bowiem męczące nas objawy związane są z wirusami, na jakie antybiotyk nie działa w żaden sposób, chyba że zależało nam na silniejszym ich namnożeniu poprzez to, że osłabiony organizm nie ma siły się tym najeźdźcom przeciwstawić. Tu znów winien jest wszechobecny pośpiech. Wyszukiwanie kolejnych dróg „na skróty”, byle szybciej i w miarę możliwości, jak najmniej uciążliwie.

W pewnych kręgach czy rodzinach doprowadziło to wręcz do swego rodzaju kultu „białej pigułki”. Lekarstwa syntetyczne są używane w nadmiarze, a często w sposób zupełnie nieuzasadniony. Tyczy się to zarówno walki z chorobami, jak i przy szeroko pojętej suplementacji. Łatwość z jaką możemy sięgnąć po coraz to nowsze i lepsze środki (jak przedstawia nam się to w reklamach) sprawia, że faktycznie w wielu przypadkach zapominamy nawet o lekarzu. Stajemy się z jednej strony coraz bardziej samowystarczalni, z drugiej coraz bardziej samotni. Nie mając czasu nawet dla siebie nie mamy co wymagać byśmy taki czas znaleźli dla innych, a co dopiero na marnowanie go, by pielęgnować więzi międzyludzkie. Oczywiście. To wszystko uogólnienia. Prawdą jednakże jest, że dzisiejszy stan rzeczy bardzo zmienił zarówno zachowania międzyludzkie, jak i zachowania ludzi w stosunku do otaczającego ich świata. Oddalamy się zarówno od siebie jak i od przyrody, z którą człowiek był nierozerwalnie związany od tysięcy lat. Być może już czas to zmienić. Zatrzymać się choć na chwilę, spojrzeć z trochę innej strony, na spokojnie, bez zbędnego pospiechu i strachu przed pozostaniem w tyle.

Dziś spacer bardziej niestety kojarzy się nam z wizytą w galerii handlowej niż w pobliskim lesie, czy parku. Ba, jeśli już się tam znajdziemy to obawiam się, że dla przeważającej większości występujące tam rośliny stanowią nie lada zagadkę, a przecież jeszcze kilka pokoleń wstecz rośliny te odgrywały wielką rolę w życiu człowieka. Żywiły go, leczyły, zapewniały materiał na odzież, dostarczały budulca, czy produkowano z nich kosmetyki oraz barwniki. Dziś większość z tych wspaniałych i dobroczynnych roślin doczekała się miana chwastów, lub co najwyżej, zupełnie niezasłużenie, nieco pogardliwego określenia: „ziółka”. Tymczasem zioła, lub rośliny lecznicze, jak powinniśmy je nazywać, to dar z którego powinniśmy korzystać całymi garściami.

W obecnych czasach, gdy wielu z nas wprost uzależnionych jest od przyjmowania różnego rodzaju pigułek (choćby tylko suplementów), mało kto pamięta, że lepsze i bezpieczniejsze rozwiązania mamy właśnie w ziołach. A przecież Aspiryna, czy Polopiryna, to nic innego jak pochodna wyekstrahowanego składnika kory wierzby (salicyny). Z tym, że w odróżnieniu od wcześniej opisanych tabletek, przy spożywaniu wywaru, lub odwaru z kory, ryzyko wystąpienia zjawisk ubocznych jest praktycznie zerowe, a skuteczność jest niesamowita.

Jeśli chodzi o suplementację, to pamiętam jak jakiś czas temu rozgorzała dyskusja na temat tego która z witamin C (ta lewo, czy prawoskrętna) jest lepsza dla ludzkiego organizmu i która z nich jest lepiej przez organizm przyswajalna. Odpowiedź wydaje się prosta. Ta naturalna. Pytanie jednak powinno moim zdaniem brzmieć trochę inaczej, a mianowicie, dlaczego w ogóle sięgać po taki suplement, kiedy mamy pod dostatkiem składników naturalnych? Od razu chciałbym uprzedzić wszystkich tych, którzy nie przepadają za cytrynami, że jedzenie ich w dużej ilości wcale nie jest konieczne, a w związku z tym, że nie są one naszym rodzimym owocem, także nie jest to najlepszym rozwiązaniem, ale o tym później. Co zatem z naszą witaminą C? Otóż większość z roślin, które rosną wokół nas posiada ja w swoim składzie, w jednych znajduje się jej więcej, w innych mniej. Podejrzewam, że nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę, że w owocach dzikiej róży, jest jej od 20-30 razy więcej niż w przytoczonych wcześniej cytrynach, jeśli natomiast zależy nam na naprawdę solidnej dawce tej witaminy nawet po obróbce cieplnej, powinniśmy zainteresować się owocami rokitnika.

To oczywiście tylko przykłady, które mają wskazać, że istnie inne rozwiązanie. Co prawda w skład wielu leków wchodzą wyekstrahowane składniki roślinne, tyle że w znakomitej większości przypadków takie odosobnione substancje wywołują o wiele więcej skutków ubocznych, niż gdybyśmy przyjmowali je w ziołach. Czy zatem zioła są w 100 procentach bezpieczne i możemy je przyjmować bez żadnych konsekwencji? Oczywiście nie. Owszem większość roślin jest dla człowieka bezpiecznych i można je przyjmować przez długi czas, ale są i takie, których spożycie choćby w niewielkiej ilości, może skończyć się dla nas zatruciem, lub czymś znacznie poważniejszym. To samo tyczy się jednak i leków syntetycznych. Dlatego o ile w wielu przypadkach zachęcam do samodzielnego eksperymentowania z ziołami, to w wypadkach, kiedy konieczne jest użycie jakiegoś mocniejszego składnika, wymagana jest już konsultacja z doświadczonym zielarzem, lub lekarzem.

Podobnie ma się rzecz w odniesieniu do współczesnych kosmetyków. Tu też wystarczy wejść do jakiejkolwiek drogerii byśmy zostali zalani falą kosmetyków posiadających w składzie substancje ziołowe, naturalne, przyjazne człowiekowi. Cóż jednak z tego, gdy w większości przypadków na napisach się kończy. Za przykład niech nam posłuży w tym momencie nagietek znany ze swego wspaniałego oddziaływania na skórę. Jestem przekonany, że każdy z nas spotkał się nie raz z kremem z nagietkiem, maścią z nagietkiem, czy olejkiem z nagietkiem. Wszystko super, gdyby nie jedno małe ale… Otóż sformułowanie: „z nagietkiem” pozostawia wielkie pole do popisu. W tym przypadku może tam występować naprawdę niewielki procent interesującego nas składnika, bądź, co gorsze, nie być go tam wcale, a zamiast niego znajdziemy tam jakiś syntetyczny odpowiednik. Jeśli miałbym sam pójść i kupić taki krem, to preferowałbym krem z nagietka, nie z nagietkiem. W ten sposób (po sprawdzeniu oczywiście składu) miałbym większą pewność, że kupuję to, na czym naprawdę mi zależy. Choć jeśli mam być szczery. Wolę go zrobić samemu i mieć pewność, że nie znajdą się w nim żadne niepożądane substancje. Taki podstawowy, samorobny krem z nagietka ma oczywiście tę wadę, że nie posiada tak długiego terminu do użycia jak jego sklepowe odpowiedniki, ale wystarczy zrobić go odpowiednio mniej, by się nie zmarnował.

Tu dotknęliśmy kolejnej ważnej sprawy, a mianowicie używania sztucznych konserwantów, dzięki czemu spotkać w dzisiejszych czasach dobry kosmetyk ziołowy, który nie ma w sobie tych sztuczności, jest jeszcze trudniej. Choć jak się ostatnio przekonałem, nie jest to niemożliwe, ale zjawisko to jest bardzo rzadkie. A przecież bogactwo ziół wokół nas jest porażające, a ich zastosowanie prawie nieograniczone. Pamiętajmy, że las i łąka były dla naszych przodków tym, czym dla nas galeria handlowa. Żywił ich, ubierał, leczył. Owszem, nie mieli oni udogodnień związanych z dzisiejszym rozwojem człowieka, co w oczywisty sposób wpływało na ich długość życia, tyle że obiektywnie rzecz biorąc, byli od nas zdrowsi, w lepszej kondycji, a przede wszystkim, potrafili żyć w harmonii z naturą. Korzystajmy zatem z ziół i czerpmy z ich dobroczynnych właściwości póki jeszcze możemy…

Categories: Bushcraft, Medycyna ludowa | Leave a comment

Ziołowa apteczka – pierwsza pomoc

Pogoda pozwala na śmiałe planowanie kolejnych wycieczek i to już w niedługim czasie. Niektóre z nich będą krótsze, inne dłuższe, ale na każdą z nich wybieramy się z naszą niezawodną Ziołową apteczką pierwszej pomocy. Podczas ostatniego przeglądu sprzętu zauważyłem, że niektóre jej składniki wymagają wymiany, w związku z czym postanowiłem opisać Wam, co takiego nosimy ze sobą na wypadek przeróżnych zdarzeń, które mogą nas spotkać na trasie (w najbliższym czasie planujemy także nagranie filmu – do zobaczenia na naszym kanale youtube – ukazującego poszczególne etapy tworzenia preparatów z apteczki).

apteczka

Zacznijmy jednak od początku. Naszą apteczkę traktujemy jako arsenał broni do walki z przeróżnymi dolegliwościami mogącymi nas spotkać podczas wyprawy. Kiedyś najcięższy kaliber stanowiły leki syntetyczne, lecz w miarę upływu czasu i doskonalenia naszych umiejętności, zamieniliśmy je na preparaty ziołowe. Co ważniejsze, nawet jeśli w czasie wyprawy, któryś z preparatów nam się skończy, prawie nigdy nie mamy problemu z odnalezieniem substytutu wśród roślin rosnących wokół nas.

W naszej apteczce prócz plastrów, bandaża, czy koca ratunkowego, znajdziecie także preparaty pomagające nam przy różnego rodzaju krwawieniach, ukąszeniach, użądleniach, zadraśnięciach, stłuczeniach, oparzeniach(także słonecznych), zwichnięciach, odmrożeniach itp. itd.. Jak widzicie jest to arsenał dość bogaty, ale jednocześnie nie zajmujący wiele z cennego miejsca w plecaku.

Read more »

Categories: Medycyna ludowa | Możliwość komentowania Ziołowa apteczka – pierwsza pomoc została wyłączona

Czarownica po kaszubsku

Wbrew tytułowi, nie przedstawię tu żadnego przepisu kulinarnego, postaram się jednak oddać w miarę wierny opis przebiegu wypadków, jakie miały miejsce w czasie egzekucji ostatniej czarownicy. W zasadzie ta historia podobała mi się od samego początku, jednakże im bardziej mi się podobała, tym większe miałem skrupuły by o niej pisać. Dlaczego? – spytacie. Otóż dlatego, że trudno mi opowiadać w momencie, gdy jest wielce prawdopodobne, że któryś z członków mojej rodziny brał udział, w czymś, co dziś pozostaje nam nazwać nie inaczej niż wyrachowane morderstwo.

Trudno, słowo się rzekło i tak jak obiecałem, opowiadam. Zacznijmy może od tego, o co chodzi z tą ostatnią czarownicą. Jeśli będziemy odpowiednio wnikliwi, takich „ostatnich” czarownic odnajdziemy kilka. Najczęściej za ostatnią czarownicę uważana jest Barbara Zdunk, która została spalona na stosie w Reszlu 21 sierpnia 1811 roku. Wiele z tego jest prawdą, kobieta nazywała się Barbara Zdunk, miejscowość, w której wykonano karę to Reszel, zgadza się data oraz sposób wykonania egzekucji. Jak na razie dobrze, prawda? Tyle, że skazano ją za podpalenie domu, w wyniku którego zginęło kilka osób, a w całym procesie nawet słowem nie wspomniano o czarach. Tak przynajmniej twierdzi profesor Jacek Wijaczka.

barbara zdunk1. Barbara Zdunk palona na stosie.

Kto zatem był ostatnią czarownicą? Otóż wedle tego samego profesora, ostatnią czarownicą skazaną zgodnie z ówczesnym prawem była Anna Goldin, której ścięcie przeprowadzono w Glarus w Szwajcarii w 1782 roku. Co ciekawe, kilka lat temu oficjalnie oczyszczono ją z zarzutów…

anna goeldin2. Ścięcie Anny Goldin.

Powyżej specjalnie wspomniałem, że Anna była ostatnią skazaną zgodnie z ówczesnym prawem, bowiem 54 lata później, w okrutny sposób rozprawiono się z jeszcze jedną kobietą. Tym razem bez, sądu i bez procesu. Kobietą tą była Krystyna Ceynowa, samosąd nad którą odbył się 4 sierpnia 1836 roku w Chałupach.

Gwoli ścisłości nazwa Chałupy zaczęła obowiązywać dopiero w 1920 roku, wcześniej wieś ta zwała się między innymi Budziszewo – od nazwiska Budzisz, a w czasach, o które nam chodzi – Ceynowo. Tutaj właśnie na scenie pojawiają się członkowie mojej rodziny. W okolicach roku 1820 we wsi Ceynowo rodzi się Wiktoria Budzisz, przyszła pierwsza żona mojego 3xpradziadka Andrzeja Kunckela. Świadomie zapisuję to nazwisko w takiej formie, bo wtedy istniał jeszcze jasny podział na typowo polskich Kąkoli/Konkoli i pochodzących z Niemiec, byłych ewangelików o nazwisku Kunckel. Dziś wszystko to się strasznie pomieszało, a nazwiska Kąkol/Konkol/Konkel/Kunkel i inne formy stosuje się niemal zamiennie…

Wróćmy jednak do historii. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że przy wydarzeniach, które zaraz opiszę brali udział zarówno rodzice Wiktorii, jak i ona wraz z rodzeństwem. Jaką odegrali tam rolę? Nie sposób mi powiedzieć, w opisach nie spotkałem się z nazwiskiem Michał Budzisz, a tak nazywał się ojciec Wiktorii, natomiast jej rodzeństwa zwyczajnie nie znam z imienia. Co zaś tyczy się mojego przodka Andrzeja, to wiem, że ślub z Wiktorią brał w 1847 roku, czyli 11 lat po „rozprawie” z czarownicą, jednakże jego starsze rodzeństwo przeniosło się z Jastarni Gdańskiej(Boru) do Chałup już w latach 30-tych i bywał on tam częstym gościem.

ceynowo 18183. Mapa wsi Ceynowo - 1818 rok.

Cała sprawa z podejrzeniami o czarostwo miała miejsce już wcześniej, gdyż jak możemy przeczytać u Żeromskiego: „W Chałupach od dawna panowało domniemanie, wielokroć w zupełną przechodzące pewność, iż wdowa Krystyna Ceynowa, matka dwu dorosłych córek, Anny i Marianny, oraz trojga dzieci nieletnich, zajmująca się wiązaniem sieci rybackich, jest czarownicą złośliwą. Niewiasta owa, skoro tylko popadała z kimkolwiek w zwadę, kłótnię, zajście sąsiedzkie – złorzeczyła, ciskała przekleństwa, wyzywała złe i życzyła złego, co się też wielokrotnie spełniło, gdyż ludzie przez nią przeklęci wnet chorowali.” Dodatkowymi argumentami za tym, iż Krystyna jest wiedźmą, miał być fakt, że nie widywano jej w kościele, a na jej dachu siadały wrony. Sami przyznacie, że ciężko przeciwstawić się takiej argumentacji…

Zatem, gdy pewnego dnia, sprowadzony kilka dni wcześniej do wioski, szemrany znachor Stanisław Kamiński zawyrokował, że mimo usilnych starań, nie jest w stanie pomóc choremu Janowi Kąkolowi, ponieważ ten jest „oczarowany i nawiedzony od diabła”, wniosek mógł być tylko jeden. Winna musiała być czarownica – Krystyna Ceynowa.

Kamiński miał też gotową metodę na poprawę losu chorego. Wystarczyło kobietę złapać i siłą przymusić do zdjęcia uroku. Tak też uczyniono. Dwóch rosłych rybaków wyprowadziło ją z chałupy, a znachor zmiękczał siłę woli szatana okładając kobietę pięściami i kamieniami przez całą drogę, aż do domu chorego. Po wepchnięciu jej do izby nic się nie wydarzyło i dopiero obalenie jej na podłogę, kopanie i bicie kijem, także przez chorego Kąkola, sprawiło, że diabeł ustąpił i kobieta rzekła, że urok odczyni.

Natychmiast także okazano jej łaskę, pozwolono wstać i przestano bić, by nie narazić kobiety na niepotrzebne męki i niewygody. Dodatkowo, w celu jej ochrony, nie pozwolono jej opuścić do rana domu chorego, a przed chałupą sołtys zostawił na straży dwóch rosłych Budziszów. By zyskać całkowitą pewność, że tej nocy nie stanie się jej nic złego, Kamiński postanowił poświęcić się i spędzić ją całą z Krystyną w jednym łóżku.

Sytuacja ponownie uległa zmianie nazajutrz, kiedy to okazało się, że czarownica mimo pozornej chęci współpracy, nie uzdrowiła chorego. Tłum gotowy był dopuścić się samosądu, lecz światły znachor zawyrokował, że nie jest to możliwe bez uprzedniego upewnienia się, czy Krystyna jest prawdziwą czarownicą. Oświadczył, że zostanie ona poddana próbie wody, aby miała możliwość oczyszczenia się z wszelkich zarzutów.

proba wody4. Próba wody.

Skrępowano jej ręce i nogi i z tak przygotowaną wypłynięto na zatokę, po czym wyrzucono do wody, by jak najszybciej umożliwić jej wykazanie niewinności. Czekano długo, dłużej niż zapewne poczekaliby inni, lecz mimo wielkiej chęci pomocy kobiecie, ta nadal unosiła się na wodzie, miast tonąć, co zaświadczyłoby o jej niewinności. Dodać trzeba ponadto, że wiedźma do pasa podpiętą miała długą linę, by pobożny tłum w razie jej tonięcia, mógł czym prędzej pośpieszyć z pomocą niewinnej.

W końcu uznano, że zrobiono już dla niej wszystko, co było w ludzkiej mocy i po uznaniu jej za osobę utrzymującą stosunki z szatanem, zatłuczono wiosłami, a jej ciało pozostawiono na brzegu. Jakież musiało być zdziwienie wśród mieszkańców osady, gdy kilka dni później aresztowano zarówno prowodyra Kamińskiego jak i 10 rybaków, którzy wykazali się największą żarliwością w pomocy opętanej przez szatana kobiecie. Wszyscy otrzymali wysokie kary więzienia, a Stanisław Kamiński dożywocie – zmarł jednakże po 2 latach.

W tym momencie można powiedzieć, że historia się kończy. Oczywiście, można, ale… Następnego dnia po aresztowaniu, jedna z kur, która do tej pory zupełnie jak wszystkie inne, spokojnie chodziła po całej osadzie, teraz ni stąd ni zowąd zaczęła piać jak kogut. Był to jawny znak, że zły zamieszkujący wcześniej w kobiecie, przetrwał i przeniknął w kurę.

klobuk-zych.preview5. Kura opętana przez diabła.

Po schwytaniu kury, w obecności świadków przebadano ją i stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że to ta właśnie piała jak kogut. Zwierzęciu związano czarcie pazury i w uroczystej procesji wyprowadzono ten szatański pomiot za osadę, gdzie powieszono ptaka głową w dół na uschniętej gałęzi. Znów, jak i przy czarownicy, czekano długo, ale ich trud opłacił się, bo otóż, gdy tylko kura wyzionęła ducha na ziemię pod drzewem z kurzego dzioba wypadł diabeł, po czym czmychnął (co wszyscy zebrani zgodnie potwierdzili).

A cóż to wszystko ma wspólnego z moją rodziną spytacie? Otóż spójrzcie sami. Nie znam wszystkich faktów, ale co wiem, to wam przedstawię. Śmierć zaczyna zbierać swoje żniwo. W pełni sił i zaprawiony w bojach znachor (od 1825 roku przesiadywał w więzieniach kilkakrotnie) umiera raptem po dwóch latach odsiadki w 1838 roku. Później klątwa nałożona przez złą czarownicę wydaje się na chwilę przycichnąć, choć może to ja nie mam odpowiedniej ilości danych.

Wybucha ponownie po 10 latach w 1848 roku, kiedy to odchodzi z tego świata Marcin Kąkol, jeden z uwięzionych. W roku 1850 umiera jeden z dwójki strażników, którzy pilnowali wejścia przed domem z zamkniętą czarownicą – Józef Budzisz, w chwili śmierci ma 33 lata. 1852 rok to śmierć Wiktorii (lat 31, pierwszej żony Andrzeja, z domu jak pamiętacie, Budzisz), a także jej córki Anny Julianny w wieku 6 miesięcy. W tym samym roku umiera także 40 letni syn Marcina Kąkola, Piotr, który zaraz po uwięzieniu ojca ciężko pobił córkę Krystyny Ceynowy – Annę. 1854 – to rok śmierci Filipa, a 1856 Tomasza Budziszów, jednych z przywódców samosądu. W 1860 roku umiera drugi ze strażników, także Józef Budzisz. W 1863 roku umiera druga żona Andrzeja, Marcjanna Dettlaff. Najtragiczniejszy zaś dla mojej rodziny jest rok 1876, w którym umiera zarówno Andrzej jak i obaj jego najstarsi synowie z poprzednich małżeństw Jan – lat 26 i Andrzej – lat 22. Cała trójka topi się jednego dnia. Jak dla mnie czysta klątwa okrutnej czarownicy…

Andrzej pozostawia po sobie najnowszą żonę Krystynę wraz z 9 dzieci, wśród których znajduje się Ksawery, którego mieliście już okazję poznać. Krystyna wkrótce wychodzi ponownie za mąż, za Jana Konkela, dzieci przynajmniej nie miały problemu z nazwiskiem, a ja właśnie sobie uświadomiłem, choć powinno to być oczywiste dla mnie od samego początku, że Ksawery spędził więcej czasu ze swoim przybranym ojcem, niż z prawdziwym. Dodatkowo, co wydaje mi się przypadkiem dość rzadkim, wśród tej 9 rodzeństwa były i takie, które nie będąc pełnoletnie, nie posiadały już ani swego biologicznego ojca, ani matki.

Categories: Genealogia | 14 komentarzy